napisz do autora

PODRÓŻNIK

USA - wielka włóczęga

Kto z nas przed przyjazdem do USA nie marzył, by przejechać Stany w poprzek? By wsiąść do wielkiego krążownika szos, nacisnąć pedał gazu i zdjąć nogę z akceleratora dopiero po drugiej stronie kontynentu? By doznać upajającego wrażenia nieograniczonej swobody, poczuć wiatr we włosach i zew przygody? Chyba każdy tego chciał.

Zew przygody

Pewnego dnia zadzwonił do mnie Zbyszek, przyjaciel ze Stamford w Connecticut.

- Muszę odstawić samochód córki do San Francisco - poinformował mnie zbolałym nieco głosem. - To kawał drogi!

Pociągnąłem nosem. Nie myliłem się - w powietrzu unosił się wyraźny zapach przygody.

- Nie potrzebujesz czasem drugiego kierowcy? - Zaryzykowałem.

- A pojechałbyś?

- No, czemu nie. To co prawda "kawał drogi", ale jakiej?! Od Atlantyku po Pacyfik!

Jasne, że jadę!

Trudne miłego początki

Zabrałem się za przygotowania. W ruch poszedł atlas drogowy USA, Internet i telefon. Internet, by wydrukować trasę i zarezerwować bilet lotniczy na powrót, a telefon, by zwolnić się na tydzień z pracy. Szef posarkał trochę, ale puścił. Travelocity.com zaopatrzyło mnie w bilet z SF na LaGuardia, z przesiadką w Denver, Colorado, a atlas drogowy i mapquest.com stwierdziły to samo - I-80, która zaczyna się niemal za progiem, bo w New Jersey, biegnie prosto jak strzelił do SanFran, tyle tylko, że liczy sobie, bagatela!, 2938 mil! Na ich pokonanie komputer dawał nam dokładnie 43 godziny i 18 minut!

Najbardziej ubawiło mnie polecenie nr 9: "Trzymaj się lewej, żeby wjechać na I-80 w stronę Des Moines (przejeżdżasz Nebraskę i Wyoming, a potem wjeżdżasz do Utah. Dystans 1223.4 mili)". Prawda, że genialnie proste?!

Wyruszamy!

O dziesiątej rano w dniu wyjazdu przed moim domem w Port Chester, NY, zmaterializował się Zbyszek wraz z naszym "krążownikiem szos" - Saabem 900 zapakowanym po dach! Moja torba podróżna nieprzekraczająca wymiarami podręcznego bagażu lotniczego wypełniła ostatnią wolną przestrzeń pod sufitem, tak że we wstecznym lusterku widać było tylko piętrzące się pakunki. Żegnaj wietrze we włosach, chciałoby się powiedzieć, gdyby nie fakt, że jestem kompletnie łysy. Pewną namiastkę "wrażenia nieograniczonej swobody" ma nam zapewnić szyberdach i sprawnie działająca klima.

Równo, płasko, daleko

Dobrzy ludzie ostrzegali przed wyjazdem, że zanim dotrzemy do Nebraski, to nie ma po co wyglądać przez okno. Gdybym nie odbył wcześniej wyprawy do Detroit, MI, nie uwierzyłbym, że przez ponad 700 mil krajobraz może być tak monotonny. To przecież odległość jak z Warszawy do Moskwy! Coś się musi dziać, do cholery! Prawda jest jednak taka, że jedynym "elementem dziania się", jak mówią filmowcy, są nagminnie przekraczające prędkość i wyprzedzające cię osiemnastokołowe ciężarówki. Ale to w końcu światowa norma i nie ma się nad czym unosić.

Nieco odmiany zapewnia przejazd przez Pennsylvania Wilds - połać niezmierzonego na oko lasu o powierzchni 2 mln akrów, gdzie fruwa 375 gatunków ptaków, a w liczących 83000 mil rzekach i strumieniach pluska się ponoć 1.7 mln spragnionych przynęty pstrągów.

W okolicy tej głuszy mijamy rozjazd, i przez chwilę nie jesteśmy pewni, czy nadal jedziemy I-80. Nie myślcie, że jest kogo zapytać o drogę! Nawet ciężarówki - zakładając, że któraś by się zatrzymała - zniknęły jak zaklęte, a mój telefon komórkowy już dawno temu stracił zasięg. Ta "chwila niepewności" trwa prawie godzinę, bo ktoś tu wyraźnie oszczędza na znakach drogowych i kolejną tabliczkę z numerem naszej Interstate spostrzegamy dopiero po kilkudziesięciu milach. Wszystko jest w porządku, nadal jesteśmy w siodle!

Go west, old men, go west!

Na pierwszy nocleg zatrzymujemy się za Toledo, OH. Przejechaliśmy około 700 mil, a w końcu nie jesteśmy tacy młodzi. Dziura, która zdaje się składać wyłącznie z kilku moteli i stacji benzynowych, nazywa się Wauseon. W recepcji motelu Super 8 autentyczny Indianin - jestem tak zmęczony, iż uznaję to za zapowiedź, iż jutro wjedziemy do Indiany! Siedząc nad stekiem z grilla czuję woń ogniska i słyszę wojenne okrzyki oraz świst strzał czerwonoskórych wojowników. Przypominają mi się sceny z obejrzanych w dzieciństwie westernów i przeczytanych powieści Karola Maya, Wiesława Vernica, Wiktora Woroszylskiego... To już jutro!

I jutro przychodzi, a my wjeżdżamy do Indiany, która jest dokładnie taka sama, jak Pensylwania i Ohio! Ani śladu Indian, bizonów, ognisk i bzyczących nad głowami strzał. Czary goryczy dopełnia knajpa "The Cove", co się tłumaczy "Schronienie" - wygląda jak zakładowa stołówka z czasów PRL-u, a pachnie jak szpital. Wybieramy poleconą przez "salową" specjalność zakładu, co okazuje się strzępkiem hamburgera ułożonego na rozmokłych w burym sosie ziemniakach purée. O sałatkach nikt tu nie słyszał.

Tak pokrzepieni ruszamy w dalszą drogę. Śledząc na mapie nasze postępy zauważam na południe od I-80 powiat Kosciusko ze stolicą Warsaw, jednak nie zbaczamy z trasy zdjęci strachem, że tam też mogą rządzić jakieś polskie bliźniaki - na przykład burmistrz i szeryf!?

I-80 w Indianie biegnie w większości równolegle do granicy Michigan i tuż przy niej, zbliżając się niekiedy na odległość 200 metrów, ale to, co widać przez północne okno naszego "krążownika szos" nie różni się niczym od widoku z południa.

Wreszcie, w okolicach Chicago, opuszczamy niegościnną Indianę i wjeżdżamy do Illinois.

Krzywo, prosto, byle ostro

W Illinois I-80 znowu omija to, co najciekawsze, a mianowicie Peorię. Tak jak lud indiański zwący się Hileni lub Illiniwek dał nazwę całemu stanowi, tak pamięć o jednym ze szczepów przetrwała w nazwie miasta Peoria. To właśnie tutaj Abraham Lincoln występował jako prawnik w Metamora Courthouse. Znając dzisiejszą ogólną niechęć do kauzyperdów należy zaznaczyć, że w tamtych czasach prawnikiem mógł zostać każdy oczytany, trzeźwo myślący człowiek, którego miejscowy sędzia uznał za zdolnego do wykonywania prawniczego fachu. Ta tradycja przetrwała najwyraźniej do dziś w postaci prezydentury, z tym, że prezydentem może zostać po prostu... każdy!

Stan Illinois kończy się rzeką Mississippi, którą przekraczamy po moście imienia Freda Schwengela - dziennie przejeżdża tędy 26 000 pojazdów, co stanowi mniej niż jedną dziesiątą wyniku dla George Washington Bridge!

A Mississippi w dole wcale jeszcze nie taka imponująca.

W widłach wielkich rzek (i poza nimi)

Jak Eufrat idzie w parze z Tygrysem, a Bug z Narwią, tak Mississippi kojarzy się z Missouri. I jak przystało na stan, w którym jednym z większych miast jest Waterloo, Iowa ma nieszczęście zaczynać się rzeką Missisipi, a kończyć Missouri właśnie. To tyle, jako chodzi o piękny stan Iowa.

Na popas stajemy w okolicy Newton. Dwoje tubylców zagadniętych przeze mnie perfidnie o to, kim był sir Izaak Newton, wzrusza malowniczo ramionami, zupełnie tak samo, jak autochtoni na Queensie nagabywani o drogę do PS-1, oddziału Museum of Modern Arts, mimo że od wzmiankowanej filii MoMa dzieliły ich tylko dwie przecznice. No, ale jak mówi stare polskie przysłowie, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju!

Za to jutro już Nebraska, od której mają się zacząć interesujące widoki. Nebraska wydaje się jednak być przereklamowana przez tych, którzy starali się nam przepowiedzieć, co zobaczymy w podróży. Trudno bowiem za "atrakcję widokową" uznać fakt, że między zjazdem 318, a punktem milowym 390, jedziemy najdłuższym, 72-milowym odcinkiem najprostszej w całym układzie autostrady - na tej przestrzeni I-80 nie odchyla się od linii prostej więcej niż na kilka metrów! Z turystycznego punktu widzenia to raczej wada niż zaleta, chociaż rzeczywiście jedzie się jak po sznurku.

Na nocleg zatrzymujemy się w Lincoln. Na wszelki wypadek nie pytam, kim był Abraham Lincoln, żeby się nie dowiedzieć, że słynnym bejsbolistą, pierwszym człowiekiem na księżycu albo kierowcą rajdowym! To ostatnie mogłoby być najbardziej prawdopodobną odpowiedzią, bo knajpa, w której jemy kolację, ma wystrój "samochodowy" - wejścia strzegą stare dystrybutory paliwa, a ściany zdobią zdjęcia samochodów, kierowców i logo różnych marek aut.

Rano budzi nas ryk uruchamianych silników ciężarówek. Pora i nam w drogę, zwłaszcza, że przed nami Wyoming z kuszącymi nazwami, takimi jak Rocky Mountains, Cheyenne i Laramie - pomiędzy tymi miastami I-80 wspina się na największą wysokość 2633 m nad poziom morza. Przed wjazdem do Wyoming ocieramy się nieomal o granicę stanu Colorado - rozjazd I-80 i prowadzącej do Denver I-76 widoczny jest ponoć z międzystanowej granicy.

Duch prezydenta Eisenhowera

Kiedy w 1956 roku prezydent Dwight Eisenhower popisał ustawę zatytułowaną National System of Interstate and Defense Highways, mającą doprowadzić do budowy i rozbudowy około 41000 mil autostrad i dróg zaprojektowanych w celu łatwego przemieszczania sprzętu woskowego i jego obsługi, musiał się zainspirować niektórymi obszarami zachodniego Wyoming, Utah i Nevady, na których to terenach nie widać często nic prócz drogi, po której się jedzie i otaczających ją pustkowi. A tam dalej, podpowiada wyobraźnia, kryją się w ziemi wielopiętrowe silosy ze strategicznymi pociskami jądrowymi.

Pustkowia zachodniego Wyoming okazują się interesujące i malownicze - zarówno sama przyroda, jak i budowniczowie I-80 przecięli na skroś wiele wzgórz odsłaniając ich pogmatwaną i barwną strukturę geologiczną. Dwukrotnie przekraczamy linię kontynentalnego działu wód, a to za sprawą dwóch pasm górskich tworzących zamknięty basen. W okolicach Rawlings zaczynamy się zastanawiać nad odwiedzeniem parku Yellowstone; niestety, w obie strony to "tylko" jakieś 750 mil, czyli cały dzień jazdy, bez zwiedzania, a bilety lotnicze parzące nas w kieszeniach podpowiadają, że musimy ścigać się z czasem. Z żalem rezygnujemy z wizyty u misia Yogi i gnamy w stronę Utah. Najstarszy park narodowy świata musi poczekać na swoją drugą szansę goszczenia nas.

Utah, południkowo mierząc, to "wąski" stan; odcinkiem I-80 noszącym imię - jakże by inaczej! - Eisenhowera docieramy do Salt Lake City, gdzie udaje nam nie pomylić drogi na będących w przebudowie rozjazdach i już niebawem jedziemy brzegiem Wielkiego Jeziora Słonego - czasami jego tafla miga za oknami samochodu, ale częściej po obu stronach autostrady widać jakieś buro-żółte rozlewiska. Docieramy do punku widokowego przy solnej pustyni - biało, jak okiem sięgnąć! I słono, o czym przekonuję się, schodząc na białą płaszczyznę. Zabieram trochę soli na pamiątkę - zamierzam przetrzymać sól aż do Wielkanocy i posypać nią świąteczne jaja!

Po drodze mijamy zjazd w stronę toru wyścigowego Bonneville - to tutaj wariaci biją rekordy prędkości na swych wspaniałych, szalejących maszynach.

Dalej w drodze. Nagle załamuje się pogoda. Przed nami formują się zwały szaro-białych, groźnie wyglądających chmur. Niżej pociemniałe nagle niebo i biegnąca w dal droga. Robię zdjęcia tego fenomenu meteorologicznego, jakby żywcem wyjętego z filmu katastroficznego. Zaczyna padać, a po chwili leje tak, że musimy zatrzymać się na poboczu, bo świata nie widać spoza ściany deszczu. Jak nagle zaczęło, tak nagle przestało, a my - mając nadzieję coś zjeść - docieramy do ostatniego ośrodka cywilizacji w Utah. To miejsce to Delle - ostatnia stacja benzynowa przed wjazdem do Nevady, i ostatni sklepik, co anonsuje tabliczka z napisem: "Takiego miejsca jak to Miejsce nie ma nigdzie wokoło; więc to musi być to Miejsce". W duchu gratuluję poczucia humoru autorowi, gdyż Delle kojarzy mi się z końcem świata - nadal jest pochmurno, niebo aż przytłacza, a wokoło tego Miejsca zdaje się nie być niczego więcej.

Głodny jak pies odważam się zjeść najtłustsze w świecie hot-dogi zrobione chyba z pustynnych szczurów, ale nie dbam o to - wszak Armagedon jest blisko!

W szponach hazardu

Nevada wita nas ostatnią w naszej podróży linią zmiany czasu i stopniowo poprawiającą się pogodą. I-80 ponownie omija złośliwie to, co dla mnie w Nevadzie najciekawsze, a mianowicie Las Vegas i Zaporę Hoovera, ale obiecuje za to zawieść nas do Reno. Zostawiamy za sobą pasmo wzgórz o malowniczej nazwie Rubinowe Góry i po kilku godzinach docieramy na normalny posiłek do równie malowniczej z nazwy mieściny Winnemucca. Miasteczko okazuje się być takim samym amerykańskim miasteczkiem, jak każde inne - mamy do wyboru McDonald's, Taco Bell, KFC... Decydujemy się na Subway, którego wystrój wykorzystujący zdjęcia i plany nowojorskiego metra napełnia nasze serca nostalgią. Gdzie Rzym, gdzie Krym, chciałoby się powiedzieć; od Nowego Jorku dzieli nas około 2500 mil!

Pokrzepieni dwunastocalowymi sandwiczami docieramy pod wieczór do Reno, meldujemy się w motelu i ruszamy w miasto, dokąd wabią nas kolorowe neony.

Odwiedzamy kilka kasyn, wygrywając i przegrywając na zmianę drobne sumy na automatach; wreszcie pognębieni przez jeden z nich wychodzimy, obiecując sobie odbić straty następnego dnia.

Rano jesteśmy w trzeźwiejszym nastroju, więc rezygnujemy z podejmowania nierównej walki, za to zwiedzamy miasto, zwące samo siebie "Największym małym miastem na świecie". Centrum Reno sprawia dziwne wrażenie - wielkie kasyna sąsiadują z jednorodzinnymi, niewielkimi domkami nieomalże przez szerokość jezdni, co sugeruje, że za rok, dwa malownicze domki zostaną pożarte przez rozwydrzone kasyna.

Inną ciekawostką, świadczącą o późnym budzeniu się miasta do życia jest fakt, iż jedyną czynną o tej porze jadłodajnią okazuje się być McDonald's; przymuszeni w ten sposób decydujemy się skorzystać z jego usług, bo Kalifornia wzywa!

Widzenia nad zatoką San Francisco

Nasza I-80 meandruje pomiędzy wzgórzami Sierra Nevada, kusząc reklamami ośrodków rekreacyjnych nad jeziorem Tahoe. Droga to pnie się w górę, to opada w dół, a na długich zjazdach widzimy "emergency lines" - dodatkowe pasy jezdni przechodzące w kilkudziesięciometrowe łachy żwiru i piasku zakończone zaporami - to "hamownie" na użytek ciężarówek, w których odmówiły posłuszeństwa hamulce.

Przed Sacramento, stolicą stanu i miejscem sprawowania władzy przez Conana, Terminatora i Egzekutora w jednej osobie, droga rozszerza się do sześciu pasów w każdą stronę. Za Sacramento pogoda znowu się psuje, więc wjeżdżamy do San Fran nie widząc wiele więcej ponad bramki opłat mostowych. To, oczywiście, jeszcze nie słynny Golden Gate Bridge, na którym muszę koniecznie postawić stopę.

Z powodu wiadomego wyłącznie twórcom programu mapquest, onże zaprowadził nas na Market Street; tu odbiera nas Karen, właścicielka samochodu, którym w cztery dni przejechaliśmy od Atlantyku po Pacyfik. Kwaterujemy się w motelu przy Lombard Street, na końcu przeciwnym od jej słynnego, krętego fragmentu zwanego Najbardziej Krętą Ulicą Świata, gdzie obserwujemy popisy jeżdżącego na tylnym kole motocyklisty w pikielhaubie na głowie, a pozornie blisko Golden Gate Bridge.

Ponieważ most majaczy przed nami, ruszamy pieszo w jego stronę; niczym w górach, ocena odległości okazuje się złudna i maszerujemy przez Presidio Park - już to drogą, już to plażą - ponad półtorej godziny. Pogoda dziwna - to mży, to wieje, to świeci słońce. Kiedy wspinamy się na most, robi się mroczno, chociaż to dopiero popołudnie. I wieje jak jasna cholera! Docieramy do końca pierwszego przęsła i zawracamy po zrobieniu zdjęć.

Wieczorem chłopak Karen zabiera nas na kolację do El Cerrito, a potem na przejażdżkę dookoła całej Zatoki San Francisco; w mercedesie klasy 500 usiłuję naszym dobrodziejom przybliżyć postać Czesława Miłosza, ale polski noblista, który spędził tu kilkadziesiąt lat życia, nie jest powszechnie znany. Lepiej jest z Lechem Wałęsą, który ma w centrum San Francisco ulicę swego imienia.

Następnego dnia wyruszamy na zwiedzanie miasta; mnie interesuje nabrzeże zwane Fisherman's Harf, skąd, po zjedzeniu najlepszego na świecie frutti di mare, wyruszam na zwiedzanie The Rock - więzienia Alcatraz.

Jedno z najsłynniejszych więzień świata działało tylko 29 lat, jednak w tym okresie zapewniało wikt i opierunek najgroźniejszym i najgłośniejszym przestępcom, wśród których był osławiony Al Capone - mył tu kible, a po pięciu latach wyszedł na wolność jako pan Nikt; obecnie nie wiadomo nawet, w której z małych, klaustrofobicznych cel siedział. Wychodzę na znany z wielu filmów więzienny dziedziniec, teraz okupowany wyłącznie przez mewy - wszystko wokoło zapaskudzone jest ich odchodami.

Po powrocie na stały ląd kusi mnie wystawa artefaktów wydobytych z Titanica; oprócz nich duże wrażenie robi sztuczna góra lodowa o temperaturze wody, do której wpadali rozbitkowie. Po jej dotknięciu obiecuję sobie nie wejść na pokład największego obecnie okrętu pasażerskiego Queen Mary II choćby mi za to zapłacili!

Chinatown w San Francisco, podobnie jak wiele innych chińskich dzielnic na świecie, zaczyna się chińską bramą, ale nie jest ona ani tak duża, ani tak malownicza jak chociażby wyrzeźbiona w jednym kawałku brama w Waszyngtonie, DC, a bardziej przypomina tę z kubańskiej Hawany, gdzie chińska "dzielnica" ogranicza się do jednej zgoła uliczki. Tym, co natychmiast rzuca się w oczy nie tylko w Chinatown, ale w całym San Francisco, jest dużo większy spokój niż w NYC i brak pośpiechu - kierowcy nie trąbią, ludzie nie biegną jak szaleni, nawet czas zdaje się płynąć wolniej. Na tyle wolno, że jeszcze jest okazja przejechać się słynnym linowym tramwajem i pojechać nad Pacyfik. Po drodze mijamy jednopiętrowe, przepięknie kolorowe, zadbane i wyraźnie wiekowe domki noszące cechy hiszpańskiego stylu - trudno wprost uwierzyć, że jesteśmy w jednym z największych miast USA, a nie na pograniczu meksykańskim. Docieramy na Ocean Beach - woda w oceanie jest przeraźliwie zimna, ale wchodzę do niej do połowy łydek. Marznąc, dzwonię do domu w Nowym Jorku i wysyłam sms-y do znajomych w Polsce; mam się czym pochwalić, wszak przejechałem kontynent w poprzek! Znad oceanu wracamy przez oszałamiający swą urodą Golden Gate Park, a potem obok Buena Vista Park, co przypomina mi o piosence "Buena Vista Social Club" De Camino a La Vereda, której refren mówi: "Słuchaj, przyjacielu, nie schodź ze swej drogi". A moja droga prowadzi na lotnisko.

Lotem bliżej!

Odległość, której pokonanie samochodem zajęło cztery dni, samolotem potrwa siedem godzin, odliczając czas oczekiwania na przesiadkę w Denver, Co. Nie lubię latać, więc jeszcze w Reno zaopatrzyłem się w whisky, którą - zmieszaną z coca-colą - popijam w mikrobusie wiozącym mnie na lotnisko. Wracam samotnie, gdyż mój przyjaciel ma lot zabukowany na następny dzień.

Mimo kroków przedsięwziętych w celu pobudzenia odwagi, zwierzam się ze swych lęków kapitanowi statku powietrznego, który wita mnie na pokładzie samolotu stereotypowym: "Jak się masz?", a potem uśmiecha dobrotliwie, obiecując bezpieczne dowiezienie mojej osoby do celu. W Denver żegnam się z nim wylewnie, na co ma wpływ nie tylko ulga z powodu pomyślnego lądowania, ale także wypity trunek. Równie gładko przebiega lot z Denver do Nowego Jorku, natomiast poranne oczekiwanie na autobus na lotnisku LaGuardia osiąga rozmiary beckettowskiego czekania na Godota. Zatłoczony, dychawiczny pojazd dowozi mnie wreszcie na przystanek kolei przy 125-tej Ulicy. Udaje mi się kupić bilet na czas, by zdążyć do najbliższego pociągu, ale ten, z jakichś niejasnych przyczyn, nie zatrzymuje się w Port Chester, co uświadamia mi uprzejmy konduktor. Wysiadam więc wcześniej, po czym trawię 45 minut na oczekiwaniu na kolejny pociąg. Okazuje się, że trudniej jest zakończyć podróż, niż ją rozpocząć, ale w końcu docieram do domu. Życie zatoczyło krąg i będzie się toczyć nadal. Aż do następnej wyprawy...


Autoreklama Delle


Bałagan w Reno


Burza nadciąga na Utah


Cel półtoragodzinnej wędrówki


Chinatown


Chiński protestant w San Francisco występuje przeciwko amerykańskiemu prezydentowi i angielskiemu premierowi


Domniemana cela Ala Capone


Gorące powitanie przybywających do Alcatraz


Jezioro Słone i ja


Koniec podróży - moczę nogi w Pacyfiku!






Koniec świata w Delle


Lombard Street, najbardziej kręta ulica świata


Motocyklowy akrobata na Lombard Street


Na Golden Gate Bridge w deszczu i mgle


Największe małe miasto świata


Prawie Diabla Góra w Wyoming


To jest Nevada!


To też jest San Francisco!


Tu w Reno traciliśmy pieniądze


Ulica Jacka Kerouaca, guru Beat Generation


Ulica Lecha Wałęsy w San Francisco




Uroki geologiczne Wyoming


Uroki Wyoming


Widzenia nad Zatoką San Francisco


Winnemucca is the best!


Zapowiedź burzy nad Utah


Zbliżamy się do nawałnicy

Reportaż opublikowany w nowojorskim "Nowym Dzienniku"

wróć do góry

Z recenzji...

Jeżeli na powieści Mirosława P. Jabłońskiego zakończy się historia polskiej SF, nie będę miał pretensji do losu. "Duch czasu" to niewątpliwie godne uwieńczenie - ostatni, szalony skowyt na gruzach świetnego niegdyś imperium.

Archwium polskiej fantastyki
Golden Days Tours - Discover Jordan
copyright 2013 | Webdesign Aem Paul Huppert Powered by Ceti