napisz do autora

PODRÓŻNIK

Turcja Wschodnia - w tyglu wielkich kultur

Czasy zaborów, kiedy to na stambulskim dworze sułtana pytano, czy przybył poseł z Lechistanu, minęły już dawno. Rocznie, nad Bosfor przybywają dziesiątki tysięcy Polaków, jednak zwykle nie zapuszczają się dalej. A prawdziwa Turcja leży w Azji.

Japoński Łącznik w Stambule

W kilka osób, które już znają Istambuł, rezygnujemy ze zwiedzania pałacu Topkapi, Hagii Sofii i Błękitnego Meczetu, a w zamian postanawiamy wyruszyć na rejs przez Bosfor ku Morzu Czarnemu.

Na nabrzeżu przy Złotym Rogu czeka kilka motorowych łodzi, których właściciele targują się z nami zajadle o cenę. Wybieramy łódkę, na pokładzie której siedzi już 4-osobowa rodzina Japończyków; nas jest ośmioro, więc koszt "na głowę" staje się do przyjęcia. Jeszcze przed wypłynięciem okazuje się, że Japonka cierpi na chorobę morską, której nabawiła się na skutek anemicznego kiwania się stojącej na cumach łajby! Nasze dziewczyny ratują cierpiącą aviomarinem i nospą, a w tym czasie siedemnastoletni kapitan łodzi podpływa do portowej stacji benzynowej i za wydarte nam tureckie liry tankuje paliwo. W końcu ruszamy. Po lewej ręce Europa, po prawej Azja - płyniemy wzdłuż umownej granicy między dwoma kontynentami. Po drodze mijamy maleńką wysepkę, gdzie od 408 r pne. mieściła się grecka strażnica mająca ostrzegać przed perskimi okrętami, pełniąca również funkcję rogatki miejskiej. W XII w przebudowano ją na latarnię morską zwaną Kiz Kulesi, czyli Wieżą Panny. Przepływamy pod kilometrowej długości przęsłem mostu Mehmeda Zdobywcy i zostawiamy Istambuł za sobą.

Po godzinnym rejsie, kiedy u ujścia Bosforu widzimy już błękitne wody Morza Czarnego, przybijamy do azjatyckiego brzegu cieśniny. Mamy kilka godzin na zwiedzenie miasteczka, co okazuje się czasem podarowanym mocno na wyrost. Oglądamy stojący na wzgórzu meczet, zaglądamy do kilku egzotycznych sklepików z rupieciami i zasiadamy w ogródku lokalnej knajpki. Czekając na rejs powrotny, sączymy piwo Efez z oszronionych kufli. Widzimy Japończyków, zmierzających portu do ze sporą ilością wiktuałów. Na pokładzie okazuje się, że to poczęstunek dla nas - smażone rybki, białe pieczywo i piwo. To podzięka za wyleczenie Japonki z choroby morskiej. Wywiązuje się rozmowa, z której wynika, że nestor rodu był służbowo w Stambule 15 lat temu i postanowił przywieźć tutaj rodzinę na pierwszy od 10 lat (sic!) dziesięciodniowy urlop! Kiedy mówimy, że co rok jeździmy na miesięczne wakacje gdzieś w świat, jest wstrząśnięty tak samo, jak my jego sytuacją. Nasi dobroczyńcy nie wiedzą po prostu, że pomysł "drugiej Japonii" u nas się nie przyjął!

Łaźnia turecka

Po całonocnej, 900-kilometrowej jeździe ze Stambułu wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego docieramy do 60-tysięcznego miasta Unye. Kwaterujemy się na kempingu i już po chwili ponad namioty wznosi się niezapomniany bukiet zapachów - mielonki wieprzowej, makreli w pomidorach, a zwłaszcza gotowanych pośpiesznie zupek w proszku. Lubię zapach benzoesanu sodu o świcie!

Przygotowywanie i jedzenie posiłku urozmaica nam jeden z pilotów wycieczki wraz z pomocnikiem - "zjadłszy" na śniadanie po dwa piwa grają w piłkę, zręcznie unikając pułapek w postaci włączonych butli gazowych, menażek z gorącą wodą i stolików lub karimat zastawionych "wykwintnymi", turystycznymi daniami. Pokrzepieni, ruszamy na zwiedzanie, ale zwiedzać właściwie nie ma czego, w związku z czym największą atrakcją staje się łaźnia turecka, i to atrakcją zarówno dla klientów, jak i obsługi, gdyż z usług męskiego przybytku uparły się też skorzystać dziewczyny, które opowiadają potem, iż masażyści zachowywali się niezwykle szarmancko, choć nie potrafili ukryć podniecenia wynikającego z faktu fizycznego kontaktu z białymi kobietami. No cóż, czasy się zmieniły, i to tureccy jancarzy służą teraz potencjalnym brankom, a nie na odwrót.

Policjanci i złodzieje

Trabzon to dawny Trapezunt założony przez kupców z Miletu w w 756 r. pne, a w średniowieczu ośrodek cesarstwa Trapezuntu. Po tej historycznej świetności niewiele zostało.

Dzisiaj to zagłębie rosyjsko-gruzińskiej mafii i prostytutek z byłego ZSRR, zwanych powszechnie "nataszami". Zajeżdżamy tam po ciemku i w deszczu. Miejscowi kierują autokar na parking bazy transportowej, a jakiś podający się za policjanta zakapior oferuje się za trzy dolary strzec naszego pojazdu i dobytku do białego rana.

Znajdujemy hotel. To wąski jak amsterdamska kamieniczka budynek o wysokości sześciu pięter, wyposażony w dwie budzące klaustrofobię windy. W hallu recepcji niedogoleni faceci w czarnych skórzanych kurtkach siedzą nad grami planszowymi, kopcąc śmierdzące papierosy. Pomimo groźnego wyglądu zdają się być przyjaźnie nastawieni i zapraszają do gry, o której zasadach nie mamy pojęcia. Odmawiamy grzecznie. Wolnych pokoi dla 40 osób nie ma, ale już po chwili znajdują się cudowny sposób - wszystkie natasze zostają wywalone na zbity pysk, a rodzina właściciela zabiera swoją pościel i przenosi się do recepcji i różnych składzików na miotły!

Pomimo tego, że opłaciliśmy ochronę dla naszego autokaru, kilku uczestników nie dowierza uczciwości samozwańczego policjanta; zabierają karimaty i śpiwory, i idą nocować w autobusie. Żegnamy się z nimi, jakbyśmy mieli ich nigdy więcej nie zobaczyć!

Rano wszyscy znajdujemy się w komplecie, więc wyruszamy na zwiedzanie Trabzonu. Do obejrzenia jest średniowieczny kościół Aya Sofia, Stare Miasto i piękna willa Atatürka. Podczas wieczornej rajzy po mieście spotykamy nieco stukniętego tuziemca - jest niezwykle sympatyczny, nadpobudliwy i przedstawia się jako "I'm Africa, I'm coffie shop". Nie wiemy, co ma na myśli, ale po chwili mgła tajemnicy nieco się rozwiewa. Oświadczywszy: "I'm silver shop", chłopak znika, a po chwili odnajduje nas cudownym sposobem w zupełnie innym miejscu i z zakrwawionej dłoni rozdaje dziewczynom srebrne pierścionki! Domyślamy się, że nasz towarzysz kradnie gdzie popadnie, ale co w takim razie znaczyło: "I'm Africa"?

Gumi-baranek

Na trzy dni stajemy w Yusufeli w górach Kackar. Czeka nas tu kilka atrakcji - spływ pontonami po rzece Çoruh, wyprawa w góry, a na koniec ognisko z pieczeniem barana. Rozbijamy się na małym, zarośniętym malowniczo kempingu. Sanitariaty także odznaczają się pewną wschodnią malowniczością, ale w sumie jest zimna woda i prąd.

Kłopoty zaczynają się następnego dnia - na spływ mieliśmy wyruszyć o dziewiątej rano, ale tubylcy relacjonują, że z trzech posiadanych przez nich pontonów dwa są dziurawe; naprawa potrwa do południa. Czekamy. O pierwszej radosna wiadomość - wszystko gotowe, można jechać. W dwadzieścia kilka osób, które zapisały się na rafting, pakujemy się do dwóch pick-upów - po cztery osoby do kabin, a reszta jak śledzie na sprężarki, pontony, wiosła i kapoki upchane na skrzyniach ładunkowych. Trzymamy się czego popadnie, bo opadająca stromo górska droga jest kręta, a kierowcy gnają 80 kilometrów na godzinę.

Docieramy na kamienisty brzeg mętnej, dość bystrej rzeki. Nie są to chwile jej największej chwały, bo jest jesień i to właściwie najniższy stan wód. Przenosimy cały sprzęt nad wodę, ruszają sprężarki, a my ubieramy kaski i kapoki, słuchając instruktażu, który ogranicza się zasadniczo do kilku komend: cała naprzód, cała wstecz, lewa burta naprzód, prawa wstecz...

Ruszamy. Nasi tureccy sternicy urządzają od razu wyścigi, i trzy pontony gnają na łeb na szyję wśród rozbryzgów wody, bystrzy i niewielkich katarakt. Czasami dno pontonu szoruje po kamieniach i wtedy trzeba się strzec, bo takie "wyboje" mogą łatwo wyrzucić wioślarza za burtę. Ogarnięci duchem walki walimy się wiosłami po głowach, ktoś wpada do wody i wyciągnięcie go powoduje stratę czasu i dystansu. Do mety docieramy na dobrej, drugiej pozycji. Oczywiście zwycięża osada z przewagą pań.

Następnego dnia ruszamy na nocleg w góry. Tym razem przyjeżdżają po nas dwa vany, w każdym kierowca i przewodnik. Droga w góry kręta i tak wąska, że w skałach od czasu do czasu wykute są "mijanki" - jeśli pojazdy spotykają się między nimi, jeden musi ostrożnie wycofać się do takiej przystani.

Stajemy po drodze w wiosce, w której na boisku szkolnym odbywa się kurdyjskie wesele. Serdecznie witani, przyłączamy się do gości, tańcząc z nimi na asfalcie. Państwo młodzi siedzą za stołem, z panem młodym można sobie uścisnąć dłoń, panna młoda - muzułmańskim zwyczajem - jest milcząca i niedostępna.

Ruszamy dalej i przed nocą stajemy na biwak. Turcy rozpalają ognisko i przygotowują poczęstunek - kurze udka i skrzydełka uchwycone w specjalnym racku. My wnosimy do uczty anyżówkę, a potem ruszamy na spacer leśną drogą. Jest pełnia; w czystym, górskim powietrzu światło księżyca jest tak jasne, że wszystko wokoło świeci srebrnym blaskiem - świerki, skały, droga i my.

Poranek jest zimny, mglisty i wilgotny. Zmarznięci po nocy spędzonej w śpiworach na gołej ziemi, jedziemy dalej. Po pewnym czasie wysiadamy i pod opieką przewodników ruszamy pieszo w stronę pięknego, polodowcowego jeziora Deniz Golu, którego uroków nie jest dane nam poznać, gdyż zmęczeni upałem rezygnujemy ze wspinaczki. Nadwątlone siły regenerujemy serem pływającym w roztopionym maśle i turecką herbatą serwowaną przez miejscowe dzieci - wszystko wliczone w cenę wycieczki. W drodze powrotnej mijamy wzniesione na zboczach gór drewniane wioski, których domy stoją częściowo na palach; są niemal zupełnie opuszczone, zostali tylko starcy, którym dzieci przysyłają pieniądze ze Stambułu, Niemiec i Ameryki. Nasz przewodnik, z kolei, pochodzi z Izmiru nad Morzem Egejskim i być może temu zawdzięczamy fakt, że podczas powrotu gubi drogę. W końcu trafiamy na szlak, oglądamy stare gruzińskie kościoły pochodzące z X-XII wieku i wracamy na czas, by rozpalić ognisko.

Nasi gospodarze przerobili zamówionego barana na kebab, co ma tę złą stronę, iż 40 głodnych gąb musi czekać niecierpliwie, aż mistrz ceremonii skroi pieczołowicie, warstwa za warstwą, surowawe wciąż mięso. Ochrzczona jako gumi-baranek, potrawa znika szybko w naszych menażkach, a potem brzuchach.

Na ziemi niczyjej

Przez Wschodnią Anatolię zmierzamy do Karsu, gdzie najciekawszym obiektem do zwiedzania jest forteca wybudowana przez Saltuka w 1152 r. i zburzona przez Tamerlana w 1386 r. Warownia była sceną zajadłych walk zarówno podczas, jak i po I wojnie świato­wej, o czym świadczą martwe (na szczęście!) instalacje przedstawiające żołnierzy odzianych w mundury z okresu walk o niepodległość Turcji, i takąż posługujących się bronią.

Opuszczając zamek drogą biegnącą obok kościoła Apostołów i zrujnowanego Beylerbeyi Sarayi, wybieramy na posiłek knajpkę o XIX-wiecznym, rustykalno-mieszczańskim wystroju.

Kars to najczęściej tylko przystanek w drodze do leżącego na piasku starożytnego Ani, wymarłego, średniowiecznego miasta, którego nazwa pochodzi od imienia czczonej przez Urartyjczyków perskiej bogini Anahidy, odpowiedniczki greckiej Afrodyty. Otaczają je wspaniałe, wysokie mury o długości ponad kilometra, w których obrębie, nad głę­bokim wąwozem wyrzeźbionym przez stanowiącą granicę pomię­dzy Turcją a Armenią rzekę Arpa Qayi stoją lepiej lub gorzej zachowane ruiny kościołów przebudowywanych na meczety, i meczetów przerabianych na kościoły.

Położone przy ważnym szlaku wschód-zachód i dobrze chronione przez warunki naturalne, Ani zostało wybrane w 961 r. przez króla Aszota III na nową stolicę. Miasto rozkwi­tało za panowania jego następców: Sym-bata II i Gagika I, ale potem wyniszczające waśnie i bizan­tyjskie napaści osłabiły Armenię.

Bizantyjczycy przejęli miasto w 1045 r., w 1064 r. nadeszli z Persji Wielcy Seldżucy, na jakiś czas zapanowało tam Królestwo Gruzji, a potem rządzili lokalni kurdyjscy emirowie. Walka o Ani trwała do nadejścia Mongołów w 1239 r. Noma­dzi mongolscy nie byli przyzwyczajeni do miejskiego życia, więc kiedy w 1319 r. trzęsienie ziemi zniszczyło większą część metropolii, zbytnio się tym nie przejęli. Reszty dokonały łupieżcze wyprawy Tamerlana. Gdy zmieniły się drogi szlaków handlo­wych, liczące 100 000 mieszkańców i dorównujące Konstantynopolowi Ani utraciło swoją pozycję i wymarło. Zniszczenia dokonane przez trzęsienie ziemi pogłębiają się tylko od tego czasu.

W czasach istnienia Związku Radziec­kiego Ani stało na 700-metrowym pasie ziemi niczyjej. Warunki zwiedzania ruin były ściśle określone protokołem uzgod­nionym przez Moskwę i Ankarę. Obecnie sprawy mają się lepiej - pod czujnym okiem uzbrojonych żołnierzy wolno fotografo­wać, filmować i robić notatki. Czyniąc to podczas zwiedzania kościołów, meczetów i świeckich budowli trzeba patrzeć jednocześnie pod nogi, jak i zadzierać głowę - z góry, z niszczejących kopuł, ciągle mogą spadać kamienie, a o te, które już spadły, i pod którymi często gnieżdżą się skorpiony, łatwo się potknąć i poobijać sobie nogi.

Ocakli Kóyu, osłonięta przez wielkie mury Ani, to typowa biedna kurdyjsko-turecka wioska złożona z kamiennych domów o dachach po­krytych darnią i upstrzonych antenami satelitarnymi. Pomimo bliskości jednej z większych atrakcji turystycznych Tur­cji, osada nie czerpie z tego korzyści i spaceruje się po niej wzdłuż ułożonych w sterty placków suszonego nawozu, który do czasu użycia go jako opał wyznacza granice posesji.

Kurd i Polak dwa bratanki...

Po jeździe wzdłuż granic Gruzji i Armenii podróżujemy teraz przy granicy z Iranem. To zapalny obszar Kurdystanu podzielonego między Turcję, Iran, Irak i Syrię. Co i rusz spotykamy tureckie patrole wojskowe; niektóre z nich zatrzymują nasz autokar, ale wtedy legitymujemy się fałszywym dokumentem opatrzonym sfabrykowanymi w PhotoShopie pieczątkami, a stwierdzającym, iż jesteśmy członkami Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Tureckiej. Pismo działa bez pudła, na szczęście przede wszystkim dla mnie, gdyż jestem w nim wymieniony jako prezes owego nieistniejącego towarzystwa!

W założonej w 1937 roku nieładnej mieścinie Dugobayazit spotykamy naszych przyjaciół, etnografów Basię i Jarka, którzy wracają z wielomiesięcznego pobytu w Iranie, a dalszą drogę mają odbyć już z nami. Rozbijamy się na kempingu u stóp Ishak Pasa Saraj. Ta popularna atrakcja turystyczna musi poczekać do jutra - dzisiaj jest czas na odkładaną od kilku dni urodzinową imprezę jednej z uczestniczek wyprawy.

Wieczorem, korzystając z nieco niechętnego pozwolenia właścicieli leżącej powyżej kempingu restauracji, rozkładamy się na jej tarasie z trunkami i turystycznymi frykasami. Po godzinie, kiedy niemal trzydzieścioro z nas poleguje na kamiennej podłodze, otwierają się szklane drzwi sezamu i jesteśmy proszeni do środka. Stoły są nakryte białymi obrusami, znajdują się zakąski i gorące dania, a po chwili i trzyosobowy męski zespół muzyczny, który tnie od ucha kurdyjskie melodie. Nasi gospodarze tańczą narodowe tańce, zapraszając nas do uczestnictwa w korowodzie. My, członkowie nieistniejącego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Tureckiej, pijemy na pohybel tureckiej okupacji Kurdystanu. Nasi gospodarze nic nie mówią, ale wyraźnie nie kryją zadowolenia na widok tej postawy - jeden z nich wypada nagle z zaplecza ze stosem kilkudziesięciu fajansowych talerzy trzymanych zgrabnie z zagięciu ramienia, po czym drugą ręką, ciosami karate, tłucze je, jeden po drugim, do wtóru muzyki! Tańczymy na trzeszczących skorupach, szaleństwo tego wieczoru, który potrwa prawie do rana, sięga zenitu!

Ishak Pasa Sarayi

Następnego ranka większość z nas jest tak zmaltretowana, że nie wszystkim udaje się przetrwać 15-minutowe, strome podejście w upale do Ishak Pasa Sarayi, którego budowę rozpoczął w 1685 roku Qolak Abdi Pasa, a ukończył jego syn Ishak. Wspaniałe, pozłacane drzwi wiodące na przestronny dziedziniec zostały zdemontowane przez Rosjan i zdobią obecnie Ermitaż w Sankt Petersburgu. Wzniesiony w mieszance stylów - seldżuckiego, osmańskiego, gruzińskiego, perskiego i ormiańskiego - Ishak Pasa Sarayi słynie z tego, iż ma tyle pomieszczeń, ile jest dni w roku, a na tym kompletnym odludziu wyposażony był w tak niesłychane luksusy, jak centralne ogrzewanie, kanalizację i bieżącą wodę! Właśnie z okien haremu i toalet roztacza się jeden z piękniejszych widoków na świecie, m.in. na bliźniacze szczyty góry Ararat, miejsce lądowania Arki Noego. Biiyiik Agri, Wielki Ararat, ma 5137 m npm, a Kucuk Agri, Mały Ararat, 3985 m. Po wielu latach, kiedy nie udzielano pozwoleń na wspinaczkę, można znowu to robić, ale góra jest niebezpieczna tak ze względu na ostre warunki klimatyczne, dzikie psy pasterskie, osunięcia się skał i lodu, jak i grasujących tam przemytników i przestępców.

Koty z Van za płoty

Bezodpływowe jezioro Van o powierzchni 3755 km kw. i głębokości 457 m powstało w miejscu wygasłego wulkanu Nemrut Dagi; stały poziom wody w jeziorze utrzymuje się wyłącznie na skutek parowania, co powoduje nie tylko wysokie stężenie minerałów, ale i zanieczyszczeń. Zatrzymujemy się na kempingu w Gevas, mniej więcej na przeciwko przystani, skąd niewielkim stateczkiem płyniemy na odległą o 3 km wyspę Akdamar. Stoi tutaj Akdamar Kilisesi, czyli pochodzący z X w. kościół Świętego Krzyża, jeden z cudów architektury ormiańskiej. Oprócz kościoła, na wyspie stał jeszcze pałac i klasztor, wzniesione w 921 roku przez Gagika Arcruni, ale z tych zabudowań niewiele zostało. Za to kościół zachował się świetnie i na jego ścianach można podziwiać piękne reliefy przedstawiające Adama i Ewę, Jonasza z wielorybem, Dawida i Goliata, Abrahama mającego złożyć Izaaka w ofierze i inne historie biblijne.

Niestety, oprócz turystów, wysepkę upodobały sobie także komary, w związku z czym salwujemy się ucieczką na łódź, a potem na stały ląd.

Przejeżdżamy przez miasto Van, najsłynniejsze chyba ze swych kotów pływających, uznanych za odrębną rasę, zagrożony gatunek i tureckie dobro narodowe, dlatego żyjących niegdyś dziko zwierząt nie sposób zobaczyć na płocie czy dachu. Koty są prawie całe białe, z dwoma brunatnymi plamami na głowie i ogonie, i mają różnokolorowe oczy - jedno bursztynowe, a drugie jasnobłękitne! Są też bardzo drogie i właściciele starannie ich pilnują.

W drodze znad jeziora Van rozstajemy się na jakiś czas z Basią i Jarkiem, którzy postanawiają odwiedzić kurdyjskie wioski; Jarek chce napisać na ten temat artykuł. Mamy się z nimi spotkać za tydzień. Siedem dni skraca się do siedmiu godzin - jedną zajęło naszym przyjaciołom dotarcie do pierwszej wioski, dwie godziny byli przesłuchiwani przez kapitana tureckiej armii, a cztery trwał pościg wojskowym gazikiem za naszym niezastąpionym jeleczem PR 110. Znowu jesteśmy w komplecie!

Miasto Proroków

Zostawiamy za sobą teren zamknięty w widłach granic Iranu i Iraku, i przez miasto Batman (sic!) zmierzamy wzdłuż granicy Syrii do Sanliurfy; to starożytna Urfa uważana za miejsce narodzin Abrahama; jego symboliczny grób znajduje się w izraelskim Hebronie. Jaskinia, w której patriarcha miał przyjść na świat, i do której można zajrzeć przez kraty wczołgawszy się uprzednio na klęczkach do przedsionka, otoczona jest przez leżący w cieniu średniowiecznej fortecy meczet Halil Rahmana; na jego terenie znajduje się rozległa sztuczna sadzawka ze świętymi karpiami, a po sadzawce kursują łódki.

W Urfie miał też przez siedem lat kurować się inny z biblijnych proroków, Hiob. Dzisiaj pozostały po nim tylko plagi - hałaśliwa autostrada, niezdyscyplinowani kierowcy i brzydkie wieżowce.

Urfa to również Edessa Aleksandra Macedońskiego, a także stolica Łacińskiego Hrabstwa Edessy hrabiego Baldwida de Bonillon, które upadło w 1144 roku. Wysłana na odsiecz II krucjata uderzyła z nieznanych powodów na Damaszek, gdzie największa dotychczas armia krzyżowców dostała srogie baty. Podczas odwrotu żołnierze padali z pragnienia lub byli wyżynani przez lekką jazdę. Tak prysł mit o niezwyciężoności europejskiego rycerstwa.

Ponieważ jedną z przyczyn porażki krzyżowców był fakt, że na miejsce obozowania wybrano teren tak beznadziejny, iż część żołnierzy myślała, że ich władcy zostali przekupieni przez muzułmanów, aby przegrać bitwę, my kwaterujemy się w przyzwoitym hotelu, pijemy dużo wody i staramy się chodzić zacienionymi uliczkami. Znakomicie do tego celu nadaje się kryty bazar, odmienny od tego skomercjalizowanego w Stambule, bardziej dziki i azjatycki.

Kolację jemy na tarasie restauracji na siódmym piętrze jednego z owych "brzydkich wieżowców", a rano ruszamy do odległego o 40 km Harranu - to miasto, w którym Terach, ojciec Abrahama, zatrzymał się po ucieczce z Ur przed gniewem króla Nimroda. Harran to także miejsce, gdzie znajdują się niezwykłe domki w kształcie uli, niektóre z nich zamieszkałe po dziś dzień. Normalnie to opuszczona przez bogów i ludzi okolica, ale nie dziś, bo trafiamy na wydarzenie, jakim jest bieg listonoszy po pustyni! Imprezę relacjonuje stołeczna telewizja, a oczekiwanie na zawodników umilają widzom znani tureccy artyści. Po pewnym czasie zgrzani jak żołnierz spod Maratonu listonosze w służbowych strojach i z wypchanymi torbami zaczynają pojawiać się na mecie. Nie wiemy, dla uczczenia jakiego wydarzenia odbywa się ten bieg, ani jaka jest nagroda. Członkowie ekipy telewizyjnej z Ankary nie mają dla nas czasu, a Harran to nie jest miejsce, gdzie angielskim można coś zwojować. No cóż, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju!

Z wizytą u Antiocha I

Góra Nemrut Dagi w paśmie Taurusu Środkowego wznosi się na wysokość 2150 m, z czego 50 m zostało usypane w I w. pne na rozkaz magalomańskiego króla Kommageny Antiocha I Epifanesa, który poza tym kazał wyciąć dwie półki skalne, a na nich ustawić posągi przedstawiające jego samego oraz bogów, jego krewnych. Pod zwałami kamieni mieści się prawdopodobnie grobowiec króla i jego trzech kuzynek. Torsy posągów stoją spokojnie w rzędzie, a zwalone z nich 2-metrowe głowy patrzą w dal.

Z Kathy na Nemrut Dagi prowadzi najpierw asfaltowa, potem brukowana, a jeszcze później szutrowa droga, której nasz autokar nie pokona. Wynajmujemy 4 dolmusze i wyruszamy podziwiać ów ósmy cud świata. Pogoda jest zmienna, to słońce, to chmury, to deszcz, a na samej górze wieje i jest przeraźliwie zimno. Mimo to wspinamy się na przypominające Kopiec Kościuszki sztuczne wzgórze. Roztaczający się stamtąd widok zapiera dech w piersiach; zresztą zimno i wiatr też. Schodzimy na dół i chowamy się za monolitycznymi głowami rzeźb, oczekując na zachwalany przez przewodnik zachód słońca, jednak nie jest nam dane go podziwiać - o siódmej wieczorem żołnierz z karabinem wypędza wszystkich na drogę i każe zabierać się tam, skąd przyszliśmy. Salwujemy się ucieczką do górskiego schroniska z ciosanego granitu, co przypomina nieco "Murowańca" z Doliny Gąsienicowej, tyle tylko, że jest tak ciasne, że stłoczone tu międzynarodowe towarzystwo podaje sobie piwo, colę i anyżówkę nad głowami, przy czym rzadko kiedy odpowiedni trunek trafia w ręce właściciela. O tempora! o mores!, chciałoby się powiedzieć, bo Antioch I nie przewidział z pewnością takiego sąsiedztwa dla swojego grobowca i świątyni.

Skalne kościoły

Docieramy do Goreme w Kapadocji. To kraina znana z księżycowych krajobrazów, jakie powstały za sprawą erozji tufu wulkanicznego. Fantastyczne formy kolumn, iglic, stożków i pieczar wydają się jak stworzone przez szalonego architekta. Ludzie wykorzystali naturalne formacje, przerabiając je na wykute w skałach domy i kościoły. Aż do średniowiecza, Kapadocja była silnym ośrodkiem chrześcijaństwa, a patrząc na efekt stopienia się działalności człowieka i natury z łatwością przychodzi uwierzyć, że to właśnie tutaj narodziła się idea życia klasztornego.

Obrazuje to muzeum pod gołym niebem z Goreme, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Muzeum zwiedza się, spacerując po kamiennych dróżkach, wspinając się na skalne stopnie lub przechodząc skalnymi tunelami od jednego klasztornego kościoła do drugiego. Ich ściany pokryte są prymitywnymi, XI- i XII-wiecznymi freskami. Pomiędzy kościołami znajdują się niesamowite mieszkania w grotach. Najciekawszym obiektem, za wstęp do którego płaci się osobno, jest Karanlik Kilise, czyli tzw. Ciemny Kościół, nazwany tak ze względu na to, że pierwotnie znajdowało się w nim bardzo mało otworów okiennych. Dzięki brakowi światła po dziś dzień przetrwały żywe kolory fresków, przedstawiających m.in. Chrystusa Pantokratora, Chrystusa na krzyżu i zdradę Judasza. Pod Ciemnym Kościołem leży spiżarnia, kuchnia oraz refektarz ze stolarni i ławami wyciosanymi w skale.

Ponoć jeszcze większe wrażenie sprawiają wielokondygnacyjne, podobne do wielkiego szwajcarskiego sera podziemne miasta. Piszę "ponoć", gdyż klaustrofobia kazała mi zawrócić z pierwszego rozwidlenia niskiego korytarza.

Wrażenia, jakie ominęły mnie pod ziemią, powetowałem sobie w samym Goreme - w wiosce jest wiele przytulnych, wykutych w skałach knajpek, z których najsłynniejsza - The Flinstones - znajdowała się poręcznie vis a vis naszego kempingu. Tam to, paląc nargilę, "przeniosłem się duchem na ojczyzny łono"!

Reportaż opublikowany w nowojorskim "Nowym Dzienniku"

wróć do góry

Z recenzji...

Jeżeli na powieści Mirosława P. Jabłońskiego zakończy się historia polskiej SF, nie będę miał pretensji do losu. "Duch czasu" to niewątpliwie godne uwieńczenie - ostatni, szalony skowyt na gruzach świetnego niegdyś imperium.

Archwium polskiej fantastyki
Golden Days Tours - Discover Jordan
copyright 2013 | Webdesign Aem Paul Huppert Powered by Ceti