napisz do autora

PISARZ

Powieści:

Kryptonim 'Psima' – Iskry, Warszawa 1982;

Mirosław Piotr JabłońskiKryptonim >Psima<" – Włodzimierz Jurasz - "Fantastyka w Krakowie" - Magazyn Kraków

[jest to recenzja dwóch książek: "Kryptonimu >Psima<" oraz powieści Czesława Białczyńskiego "Zakaz wjazdu"]

(...) Podobne uwagi nasuwaja się po lekturze debiutanckiej powieści innego młodego krakowianina Mirosława P. Jabłońskiego. Kryptonim >Psima< jest książką dobrze napisaną, o wartkiej, dobrze skonstruowanej, wciągającej czytelnika akcji, choć fabuła utworu podobnie jak było to u Białczyńskiego, mieści się doskonale w fantastyczno-naukowej konwencji - ogromny statek kosmiczny prowadzi badania planety, na której odkryto ślady rozumu, w niczym nie przypominającego ziemskich form życia. Ciekawe są natomiast niektóre szczegóły narracji, jak np: dokładny opis budzenia się załogi z hibernacji, czy też kreacja dziwnego miasta na badanej planecie, którego istnienie w czasie wyprzedza czas statku kosmicznego przez co niemożliwy jest ich wzajemny kontakt. Wydaje się też, że Jabłoński jest autorem pewnego pomysłu, a jak wiadomo pomysły, nie tylko techniczne czy naukowe stanowiące często o wartości utworów z gatunku SF, nie są mocną stroną polskich pisarzy. System Speed, bo tak nazywa się wynalazek Jabłońskiego, to aparatura mogąca 60-krotnie przyśpieszać przebieg procesów życiowych człowieka. Ten motyw sam w sobie nie jest już w SF niczym nowym. Niemniej Jabłoński chyba pierwszy (w fantastyce bardzo trudno jest ustalić autorstwo poszczególnych konceptów) wykorzystał praktycznie ten akcelerator. W ten sposób kosmonauta postrzega myśli i reaguje 60 razy szybciej niż zwykły człowiek, a jaką daje mu to przewagę w chwilach zagrożenia, nie trzeba chyba mówić... Lecz książka jabłońskiego nie jest pozbawiona i wad. Dziwi choćby fakt, iż badacze Kosmosu mogą się podczas lotu do woli narkotyzować i alkoholizować... Wydaje się, że nawet w cywilizacji znacznie przewyższającej naszą na jej aktualnym etapie, takie zachowanie się kosmonautów podczas lotu będzie raczej niemożliwe. Rozczarowuje również zakończenie powieści. Okazuje się bowiem, że wszystkie misternie skonstruowane wydarzenia oraz będąca ich sprawcą cywilizacja są po prostu fantomem, wynikiem mistyfikacji, jakiej poddana została załoga "Strzelca". Rozwiązanie zagadki staje się więc unikiem. Można odnieść wrażenie, jakby autorowi zabrakło w pewnym momencie odwagi i wyobraźni, by całą rzecz doprowadzić do końca według przyjętych na początku założeń. A szkoda.

Na jedną sprawę trzeba jeszcze zwrócić uwagę. Niewykluczone, że powieść Jabłońskiego jest sygnałem pojawienia się nowej, obok Lemowskiej, szkoły w polskiej SF, szkoły Snerga Wiśniewskiego. Albowiem tajemnicze, fantomatyczne miasto KauraNemeda z planety Psima jest jakby żywcem przeniesione z kart utworów autora Robota. Czy Kryptonim "Psima" jest przypadkiem, czy przejawem ogólniejszego zjawiska, czas pokaże.

Nieśmiertelny z Oxa – Glob, Szczecin 1987;

Mirosław Piotr Jabłoński"Nieśmiertelny z Oxa" - Leszek Bugajski - "Uwaga: Idzie Jabłoński!" - Fantastyka 5/ 1988

Mirosław Piotr Jabłoński należy w tej chwili do najbardziej utalentowanych autorów fantastyki rozrywkowej w Polsce, choć nie wszedł do literatury z takim rozmachem i rozgłosem jak nieco starsi od niego Marek Oramus i Maciej Parowski albo rówieśni mu Marek Baraniecki i Andrzej Drzewiński. Ale też, jak się domyślam, wynika to z faktu, że Jabłoński działa jakby na uboczu całego rozbudowanego ruchu amatorów i autorów SF, że jest człowiekiem przychodzącym do tego typu literatury z zewnątrz, ale nie przychodzącym z pustymi rękami.. Już debiutancka powieść "Kryptonim >>Psima<<" pokazała jego talent i umiejętności, a potwierdziła je: druga książka - nie wydana jeszcze, ale czytana w radiu - "Schron", jak również opowiadania, na które uważny czytelnik mógł natrafić w ciągu ostatnich kilku lat w czasopismach różnego typu. No i teraz mamy drugą opublikowaną powieść Jabłońskiego: "Nieśmiertelny z Oxa".
Pierwsza myśl, jaka nasunęła mi się po odłożeniu powieści Jabłońskiego to ta, że mam do czynienia z niezwykle sprawnie napisaną prozą rozrywkową. Nie pamiętam, by w tym pokoleniu - włączając w to również wymienionych na wstępie autorów - ktoś potrafił tak konsekwentnie zaplanować i zrealizować utwór prozatorski. Częściej spotykamy euforyczne wizje i gwałtowne przełamania toku narracji. Jabłoński postępuje z zimną precyzją wytrawnego zawodowca, choć to przecież dopiero jego trzecia powieść (a może nawet druga, bo możliwe, że została napisana wcześniej niż "Schron"). Śmiało operuje kilkoma płaszczyznami czasowymi, to znaczy czasem teraźniejszym, w którym bohater pędzi jeepem przez pustynną krainę doznając konwencjonalnych w tej sytuacji przygód oraz kilkoma poziomami retrospekcji, przez które ujawnia autor wszystkie motywy kierujące bohaterem jego powieści i - co najważniejsze - pokazuje całe uwikłanie jego życia wewnętrznego.

Doprawdy rzadko się zdarza w fantastyce naukowej, by postaci miały tak rozbudowaną psychikę, by postaci miały tak rozbudowaną psychikę, by były w tak wszechstronny sposób pokazane od tej strony, jak to jest właśnie w "Nieśmiertelnym z Oxy". Z reguły bohaterowie utworów SF wyrażają się przez czyny, ich życie wewnętrzne praktycznie nie istnieje na kartach powieści. U Jabłońskiego jest inaczej: postępowaniem bohatera kieruje zawiła plątanina miłości i nienawiści, strachu i brawury, poczucia obowiązku i nieodpowiedzialności. I autorowi udało się znaleźć taki literacki sposób, by wszystko to pokazać w sposób bardzo atrakcyjny dla czytelnika, nie bojąc się przy tym gwałtownych przełamań płaszczyzn czasowych, brawurowych skojarzeń, przeskoków akcji w czasie i przestrzeni. W rezultacie relacjonuje równolegle kilka wątków, precyzyjnie prowadząc je do swoistej wspólnej kulminacji w zakończeniu powieści, kiedy zapadają rozstrzygnięcia najważniejsze i kiedy bohater zyskuje jakieś tam, niepełne z oczywistych względów rozeznanie tego, w jakiej sytuacji się znajduje.

I przed oczami czytelnika zostaje odsłonięte całe życie bohatera powieści, jego fascynacja - jak się okazuje... (nie, nie ujawnię kim ona jest) Melly i jego nienawiść do Krafta, błysk uczucia (Rita), które mogło odmienić jego los i wyrwać go z zaklętego trójkąta, ciążąca na nim przez całe życie sprawa ojca, którego - jak się też okazuje - figury życiowe bohater nieświadomie powtarza swoim własnym życiem, uczucie synowskie do matki i wszystkie dramatyczne przypadki z życia zawodowego i wreszcie historia ostatniej, najważniejszej i skazanej na niepowodzenie (piszę wprost, bo to nie do końca prawda) wyprawy, która ujawnia istnienie nieśmiertelnych oraz alternatywnego Wszechświata itd., itd.

Jak z tego pobieżnego wyliczenia widać Jabłoński odwołuje się raczej do wątków i pomysłów już w SF i innych rodzajach literatury rozrywkowej wykorzystanych wielokrotnie. Nic w tym złego, na tych obszarach literatury (i nie tylko na tych, nie miejmy kompleksów) pomysły wracają przekształcają się w schematy narracyjne. Nie w tym więc rzecz, że Jabłońskiemu udało się z tego materiału, przeżutego już przez innych, sporządzić bardzo zgrabną całość, tchnąć w nią nowe życie i podać w taki sposób, że wcale ta schematyczność szczegółów nas nie razi, bo służy jakby nowym celom, pokazuje, że za schematami też można dostrzec rozległą problematykę psychologiczną niczego nie ujmując przygodowości. W ten sposób autor "Nieśmiertelnego z Oxa" daje do zrozumienia, że zaczyna mu się robić ciasno w tych ograniczeniach, które nakłada nań SF, że będzie musiał poszukać innych możliwości pisarskich dla siebie i - jak już wiem po lekturze jego propozycji jeszcze nie opublikowanych - robi to i dobrze rokuje na przyszłość.

Schron – Glob, Szczecin 1987;

Trzy dni Tygrysa – Iskry, Warszawa 1987;

Dubler – Białowieża, Białystok 1990;

Duch czasu, czyli: a w Pińczowie dnieje... – Białowieża, Białystok 1991; wyd. II: Wydawnictwo „Solaris”, Olsztyn 2000; wyd III: Wydawnictwo „Solaris”, Olsztyn 2013;

Mirosław Piotr Jabłoński"Duch czasu" - Jacek Inglot - "Tylko dla obłąkanych" - Nowa Fantastyka 5/1992 (116)

Jeżeli na powieści Mirosława P. Jabłońskiego zakończy się historia polskiej SF, nie będę miał pretensji do losu. "Duch czasu" to niewątpliwie godne uwieńczenie - ostatni, szalony skowyt na gruzach świetnego niegdyś imperium.

Wielu pisarzy, czując w kościach przemijające epoki, ma ambicję stworzyć "księgę ksiąg", dzieło będące summą danego czasu, jego ostatecznym osądem i rozliczeniem - jak np. "Finnegans Wake" Joyce'a. Podobnie desperacką próbą wydaje mi się powieść Jabłońskiego. Z Joyce'em łączy go korzystanie z techniki "strumienia świadomości" - tu proszę nie wpadać w panikę, w znacznie skromniejszym i strawniejszym dla czytelnika wymiarze.

Czytając powyższe dzieło myślałem chwilami, ze gdyby markiz de Sade żył teraz i zajmował się SF, to z pewnością prędzej czy później spłodziłby dzieło bodaj czy nie bliźniaczo podobne do książki Jabłońskiego. Prócz wymiaru ewidentnie libertyńskiego "Duch czasu" jest też postmodernistyczny, poprzez ostentacyjne odwoływanie się do - wątpliwego, jak się okazuje - historyczno-kulturowego dorobku ludzkości.

Akcja jest osadzona w niedalekiej a szczęśliwej przyszłości, kiedy człowiek stanie się jednym z czternastu lub trzynastu ocalałych gatunków. Z warstwy ozonowej zostały wspomnienia i glob nasz skwiercząc pogrąża się w cieplnym udarze. Bardzo to martwi bohatera, Roberta Crane, ponieważ ma bezpośredni związek z zagładą białych niedźwiedzi - thalarctos maritimus - jedynych istot, których losem czuje się naprawdę przejęty. Los ten jest niepewny z powodu topnienia lodów polarnych. Postanawia zwrócić oczy świata na ten problem, odbywając publiczny stosunek z samicą zagrożonego gatunku.

Nim jednak do tego dojdzie, za sprawą tytułowego Ducha Czasu (der Zeitgeist) wciela się w kolejnych historycznych Robertów (np. rosyjskiego kupca, rzymskiego legionistę czy mężnego esesmana) i odbywa wędrówkę przez czas i przestrzeń, patrząc świeżym okiem na mniej lub bardziej istotne punkty naszych ludzkich dziejów. I odkrywa ich absolutną, wariacką absurdalność.

W ujęciu Jabłońskiego historia świata to ciąg groteskowych szaleństw, które nigdy nie doprowadziły do niczego dobrego. Wszystko jest krwawym, obłąkanym koszmarem, kreowanym przez ludzką chciwość, okrucieństwo i żądzę, dobrze doprawione głupotą lub jawnym nonsensem. I tak np. chrześcijaństwo jest wynikiem działania rzymskich tajnych służb, których Jezus był nieudolnym agentem (dlatego Piłat tak niechętnie przystał na jego egzekucję). Podobnie surowo zostaje oceniona historia Polski jako kraju utracjuszy i maniakalnych powstańców. Zdobycie Meksyku to wyprawa spragnionych złota i krwi łajdaków świeckich i duchownych. Podobnie szyderczy jest "Duch czasu" względem innych wyznań, praktycznie je kwestionując. Wydaje się, że jedynym wyjściem jest kościół ateistyczno-ekologiczny, którego mesjaszem ogłasza się Crane - wspomniany wyżej zoofilny stosunek z samicą thalarctos maritimus ma być aktem uświęcającym jego powstanie.

Tu akurat objawia się przewrotna logika, którą zdaje się kierować Duch Czasu - wszak historiozoficzny ciąg absurdów może się skończyć jedynie absurdem ostatecznym i totalnym.

Osobną sprawą jest styl narracji, wyraźnie nawiązujący do technik postmodernistycznych - ma ona formę paranoicznej rozmowy grupy przyjaciół, obrońców środowiska i wyznawców przyszłego Crane'owego kościoła, która za sprawą Ducha Czasu drąży zda się wszystkie możliwe tematy, o jakich warto rozmawiać. To w ich trakcie Robert ulega historiozoficznym przekształceniom. Wbrew pozorom nie jest to jednak bełkot - z książki bucha strumień barokowej narracji, autor z rzadka (w SF zwłaszcza) swobodą porusza się po problematyce religijnej, historycznej, matematycznej, biologicznej, filozoficznej, a nawet fizjologicznej, jako że Robert intensywnie ćwiczy przed wspomnianym już aktem zoofilii.

Zełgałbym, gdybym rzekł, że jest to książka dla każdego. "Duch czasu" to lektura dla czytelnika o wyrobionym smaku literackim. Osobnikom przeżywającym największe wzruszenia przy porykujących, czkających i szlachtujących się bohaterach typu Kane czy Conan serdecznie książkę Jabłońskiego odradzam, padną bowiem przy trzecim zdaniu, puszczając dym uszami. A cała reszta - no cóż, powinna wiedzieć, iż jest to teatr magiczny - tylko dla obłąkanych - wejście kosztuje rozum (Herman Hesse, "Wilk stepowy").

"Duch czasu" - Jola Pers - "Śmierć cieplna mózgu Roberta Crane" - Magazyn Fantastycznie!

"Duch czasu" Mirosława P. Jabłońskiego, jedna z najbardziej oryginalnych i zakręconych pozycji w polskiej fantastyce, przemknął kiedyś przez rynek księgarski raczej nie zauważony przez szerokie rzesze czytelników, którzy w większości przypadków znali jedynie fragment zamieszczony w wydanej przez Wojtka Sedeńkę antologii "Wizje alternatywne". Podobnie było i ze mną - do samej powieści długo nie udało mi się dotrzeć, poprosiłam raz o pożyczenie Joannę Zielińską, wspominając, że przy lekturze wzmiankowanego fragmentu obgryzałam palce z zachwytu, Dżoana zgodziła się na udostępnienie dzieła pod warunkiem, że będę uważać na palce, ale do transakcji użyczenia jakoś nie doszło - zapoznałam się z całością dopiero po otrzymaniu egzemplarza powieści jakże słusznie wznowionej przez olsztyńską Agencję Promocji Książki "SOLARIS" w serii "Kosmiczny rodzynek".

Na wstępie ostrzeżenie: nie jest to powieść dla wszystkich i dla każdego, gdyż stopniem obrazoburstwa, zwariowania i zberezieństwa przekracza wiele nawet kontrowersyjnych, nomen omen, pozycji, ale jest zarazem moim ulubionym dowodem na to, że w literaturze wolno wszystko, jeśli tylko robi się diablo inteligentnie, z polotem i w jakimś celu. Pozornie prawie pozbawiona akcji powieść (sceny, w których bohaterowie robią coś poza ogólnym kopulowaniem albo wygłaszaniem wielostronicowych delirycznych i dygresyjnych tyrad można policzyć na palcach jednej ręki) to zwalający z nóg koktajl faktów historycznych pomieszanych starannie ze zmyśleniem, interpretacji i nadinterpretacji, prowokacji i satyry, a zarazem krótki kurs historii ludzkości, po przerobieniu którego wrażliwy przedstawiciel rasy <i>homo sapiens</i> powinien podciąć sobie żyły: starożytność to barbarzyństwo jedynie udające podwaliny cywilizacji, chrześcijaństwo to skutek nieudolności działania rzymskich służb specjalnych, a motywem przewodnim dziejów ludzkiej rasy są mordy, gwałty i rzezie, które znalazły godne zwieńczenie w ideologii nazistowskiej i jej przerażających absurdach, jak Lebensborn.

Nie da się ukryć, że Jabłoński jest mistrzem w żonglowaniu kulturowymi ikonami i dorabianiu im wąsów, jak choćby w takim fragmencie: "Kiedy Poncjusz Piłat, w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika wyszedł wczesnym rankiem czternastego miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego (...) z grubsza przynajmniej było wiadomo, kto oberwie po gębie." Wyszła mu powieść potoczysta, napisana stylem bez mała barokowym, nasycona aluzjami, cytatami, dowcipami, anegdotami, obsesyjna i szalona, robiąca wrażenie zapisów majaczeń mózgu umierającego na udar cieplny w świecie dogorywającym z upału. Szkoda, że autor zamilkł już dość dawno temu i częściej daje się poznać jako tłumacz niż pisarz, niemniej jednak - znajdujący się na stronie http://jablonski.art.pl scenariusz nie nakręconego filmu "Adolf Hitler Holzgas Group" (który, nieostrożnie ściągnięty z sieci, sparaliżował pracę pewnej firmy na pół dnia, bo pracownicy nie byli w stanie robić nic poza siedzeniem, czytaniem i rechotaniem), pozwala mieć nadzieję, że Jabłoński nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w literaturze.

Elektryczne banany, czyli ostatni kontrakt Judasza – S.R., Warszawa 1996; wyd II: Wydawnictwo „Solaris”, Olsztyn 2013;

Marek Oramus - 5 Piwo - "Ta dychawiczna kobyła robi bokami i niedługo zdechnie" - Fenix 10/95

Mirosław Piotr Jabłoński(...) "Elektryczne banany" mają teraz zmieniony tytuł na "Ostatni kontrakt Judasza", co jest siłowym i wątpliwym merytorycznie nawiązaniem do Nowego Testamentu. Autor być może wyobrażał sobie, że w ten sposób udało mu się pożenić ambicję z komercją (wszelkie odwołania do Biblii z miejsca mają przydawać podpierającym się nimi utworom znaczenia i blasku). Ja w tytule takim nie widzę nic zachęcającego; przeciwnie, "Elektryczne banany" fascynują od razu odstraszającą głupotą hasła i głębią, która się za nim kryje. Nawet myślałem w pierwszej chwili, czy nie chodzi o prostowanie owych bananów metodą wymagającą zastosowania elektryki - no, a na szczęście nie.

Wszelako symbolika tytułu "Elektryczne banany" bardzo koniweniuje z tematyką jaką Jabłoński obrał sobie tym razem za cel popisów. Pomińmy samą fabułę, która jest mniej ważna, aczkolwiek nie dla czytacza pierwszopoziomowego; jak sądzę i jemu spełni pokładane nadzieje. Lecz w głębszej warstwie traktuje powieść Jabłońskiego o kresie kultury, gdy wszelkie istotne znaczenia kolapsują zbiorowo i przestają obchodzić kogokolwiek, gdy żadna wartość nie jest absolutna i nasuwa się pytanie, czy gdzieś ostały się jeszcze jakiekolwiek wartości. Panuje powszechna degrengolada, deprawacja i degeneracja, z filmów produkuje się już tylko porno, o książkach nie ma ni wzmianki, istnieją tylko mniej, lub bardziej wydarzone scenariusze, przy czym ceni się te, które zawierają stosowną ilość trupów, wybuchów, kilometrów rozwleczonych flaków, metrów kwadratowych przebitych hymenów itp. Trąd komercjalizacji dotknął już wszelkich dziedzin życia i wszelkich instytucji, nie wyłączając Kościoła i Watykanu, plenią się sekty, schizmy i nowe religie - a więc Jabłoński opisuje poniekąd to, co widać za oknem, jeszcze niezbyt wyraźnie, ale z dnia na dzień coraz ostrzej. Nie dziwię mu się, że chce "Banany:" wydać, gdyż obawa go nęka po nocach, że świt może mu je unieważnić.

Dowolnie używa sobie autor na duchowieństwie i papieżu, który jest Murzynem (oby był Jabłoński fałszywym prorokiem). Papież Bartholomeus pracuje nad dziełem swojego życia, którym jest ekonomiczna egzegeza Pisma Świętego, co się wykłada następująco: stworzenie świata, to jakby założenie kapitału zakładowego. Adam i Ewa - pierwsi akcjonariusze. Zerwanie jabłka - skorzystanie z zakazanych źródeł informacji w celu spekulowania akcjami na giełdzie. Wygnanie z raju - pierwsza upadłość. Zabójstwo Abla przez Kaina - spór o dywidendę. Potop - krach na giełdzie, drabina Jakubowa - zapowiedź hossy, siedem krów chudych i tłustych - to oczywiste, dziesięcioro przykazań - ustawy antymonopolowe itp,. itd. Kto chce, może to sobie ciągnąć.

Sam pomysł jest też dość szatański: wynajęcie trzeciorzędnego, bo zbyt ambitnego scenarzysty, by sporządził plan zamachu na papieża Bartłomieja, rzekomo w celu wyprodukowania filmu, a faktycznie dla zrealizowania go w rzeczywistości. Poza tym pomysłowość scenograficzna Jabłońskiego jest imponująca, wszystkie gadżety SF użyte jak trzeba, każdy tkwi na swoim miejscu. O formie literackiej też nie da się powiedzieć niczego złego, może tylko kilka błędów ortograficznych, zastosowanych jak rozumiem, dla delikatnego podekscytowania czytelnika, nie zrobiło na mnie korzystnego wrażenia. Choć po drodze - jak to w powieści - bywa różnie, ostatni rozdział jest rewelacyjny, stanowiąc jakby kwintesencję kulturowej zapaści cywilizacji. Zostało tam przekonująco nagromadzone takie stężenie głupot, że nie znam lepszego, symboliczniejszego i zarazem bardziej zwięzłego wizerunku naszej cywilizacji końca XX i początku XXI wieku.

Rzecz jasna, natychmiast przypomina się tegoż autora "Duch czasu" gdzie przejażdżka po wiekach i epokach robiła nie mniej imponujące wrażenie. Podobnie też absurdalny był tam pomysł główny: wskutek wytrzebienia istot żywych na Ziemi pozostało jeszcze kilkanaście gatunków (z człowiekiem włącznie). Bohater zaangażowawszy się emocjonalnie w ratowanie niedźwiedzi polarnych, tylko taki widzi sposób zwrócenia społecznej uwagi na problem, że odbędzie stosunek z samicą białego misia. Wokół tego, jak wokół zamachu na czarnego papieża, kręci się cała intryga, z tym że w "Elektrycznych bananach" ma ona charakter mniej dyskursywny i mniej abstrakcyjny. Jabłoński jakby powtarzał sobie co drugie zdanie: "To się ma sprzedać, to się ma sprzedać", porobił liczne koncesje, często-gęsto mrugał okiem do czytelnika - i chyba lekko przegiął. Ale nie przypisywałbym temu decydującego znaczenia. Nie ma dziś ewidentnego związku między jakością dzieła a jego wydaniem; między wydaniem a pokupnością. Rynek oszalał, czas oszalał, ludzie też nie są normalni - jeśli kiedykolwiek byli.

Trzeba te "Elektryczne banany" wydać, na nic już nie licząc, ani na sukces artystyczny, ani ekonomiczny. Tłumaczy to mechanizm opisany w powieści: kultura ledwo dycha i lada chwila zdechnie, bo w epoce błyskotek nie obejrzy się za nią pies z kulawą nogą. A w jakiś czas potem zdechnie cywilizacja, bo i z nią nietęgo.

"Elektryczne banany"- Jacek Sobota - "Koniec blisko" - Nowa Fantastyka 5/1997 (176)

Lem porównywał w "Doskonałej próżni" literaturę do nierządu i jest w tym coś z prawdy. Pisarz miał być nierządnicą, wydawca stręczycielem, czytelnik natomiast - klientem. Analogia została przez Lema pociągnięta dalej: pisarze awangardowi to panienki zbuntowane, co gardzą zawodem i jego wątpliwą konduitą. Postmodernistów należałoby chyba w takim razie porównać do nierządnic, które nawet w bunt zwątpiły. Piszę o tym przy okazji najnowszej książki Mirosława P. Jabłońskiego "Elektryczne banany". Autor ten został bowiem po swym znakomitym "Duchu czasu" włączony przez krytyków do grona postmodernistów właśnie.

W najnowszej powieści Jabłońskiego przedstawiony jest - w tonacji mocno groteskowej - świat bliskiej przyszłości. Autonomiczne Księstwo Hollywoodu produkuje już wyłącznie pornograficzną szmirę, co powoduje napływ klątw, słanych hurtowo z Księstwa Nowego Watykanu (stary legł w radioaktywnych gruzach po akcji fundamentalistów islamskich). Klątwy maja moc odczuwalna: wygląda to niemal jak bombardowanie Drezna. Nic dziwnego, że zniecierpliwiony wódz Hollywood (Japończyk oczywiście) postanawia zlikwidować papieża (Murzyna, niestety) z pomocą uzdolnionego choć zgorzkniałego scenarzysty. Hollywood ma bogate tradycje w przeżuwaniu, a następnie wypluwaniu wybitnych pisarzy, którzy niekoniecznie zaraz muszą być wybitnymi scenarzystami. (casus Chandlera, Faulknera czy Fitzgeralda).

Rzecz jest pod formalnym względem postmodernistyczna. Również wszechobecna ironia oraz zwątpienie w sens świata są z ducha ponowoczesne. Jest to jednak postmodernizm podszyty zdrową rozpaczą. Jabłoński przytomnie obserwuje upadek wszelkich autorytetów moralnych oraz instytucji. Przyszły papież jest idiotą powątpiewającym we własna realność. Ponieważ nigdy snów nie miewa, sądzi, że sam jest czyimś snem; poza tym to przestępca na znaczną skalę, uwikłany w sieć mafijnych interesów. Kościół się sypie i popada w doktrynalne nonsensy (proszę się przyjrzeć współczesnemu kościołowi anglikańskiemu - być może tak wygląda przyszłość naszego, katolickiego; obym okazał się fałszywym prorokiem!). Z kolei Hollywood (zarzuciłbym tu autorowi stereotyp powodowany prawdopodobnie brakiem autopsji) jawi się jako zbiorowisko maniaków seksualnych, którzy własne fobie z ochotą przenoszą na ekran. Z wojska usuwa się osobników obdarzonych nadmiernym (choć nie tak znów wygórowanym) ilorazem inteligencji.

W świecie zarysowanym przez Jabłońskiego stężenie absurdu jest tak potężne, że sami bohaterowie poczynają wątpić w realność rzeczywistości powieściowej. Pojawia się teoria, jakoby świat był głupawym filmem oglądanym przez Boga. Podobna rzecz zrobił Wiśniewski-Snerg w swym "Według łotra". Książka ta składa się nie z rozdziałów, lecz scen, które przerywane są idiotycznym reklamami.

Nie tylko autorytety padają, czyni to również z hukiem kultura, a co za tym idzie - literatura. U Jabłońskiego nie wspomina się o niej w ogóle, nie ma już pisarzy, sami jeno scenarzyści o wynaturzonych umysłach. Raz tylko, przewrotnie i autoironicznie, pojawia się (jako przerywnik w filmie) reklama najnowszej powieści niejakiego Mike'a Yablonskiego pod tytułem łatwym do odgadnięcia.

"Elektryczne banany" to książka napisana brawurowo - Jabłoński prezentuje niezłą prozatorską formę. Wisielczy humor autora nie powinien jednak przeszkodzić czytelnikowi w smutnej refleksji. Nonsensy obficie zaludniające książkę wydają się nam dziwnie znajome. Wystarczy przejść się po ulicach albo popatrzeć na masowe media i wszystko natychmiast staje się jasne: świat zwariował i sypie się na naszych oczach. Rzeczywistość z zawrotną prędkością dogania wizje Jabłońskiego. Oznak poprawy nie widać.

Jeden miałbym zarzut (choć nie tyczy on wyłącznie autora "Elektrycznych bananów") - jestem zmęczony nieco książkami poprzestającymi na prostej koncepcji "rozsypki" świata. Każdy człek obdarzony elementarnym zmysłem obserwacji widzi, że świat nieuleczalnie choruje. Jest przecież jednak tak, że otaczająca nas rzeczywistość to wypadkowa naszych postaw czynów i wyborów. Również książek. To w nas toczy się gra o kształt widzianego świata. Proste konstatacje niczego tu nie zmienią. Powiedzonko mojego przyjaciela - koniec jest bliski - stanie się rychło faktem. Chyba dogadaliby się z Jabłońskim.

Mirosław Piotr Jabłoński"Elektryczne banany" - Romuald Pawlak - "Bóg wampir, albo ave Dukaj" (Recenzja "Wizji Alternatywnych 2") - Fenix 6/97

(...) Następnie mamy kolejny fragment znakomitej powieści Jabłońskiego, "Elektryczne banany". Lepiej przeczytać całą powieść niż kilka rozdziałów - jednak tym, którzy nie znają książki, fragmencik tylko zaostrzy smak. Jest to historia pewnego nieudacznika, zwiącego się Gaspar Romeo Homer, który będąc człowiekiem inteligentnym, klepię biedę (i Tonię Atkins, charakteryzatorkę). Podobnie jak w znakomitym Duchu Czasów, napisał Jabłoński paszkwil na rzeczywistość, na jej niezliczone absurdy. Moim zdaniem to pisarz bardzo niedoceniany przez pisarzy i krytykę. (...)

"Elektryczne banany" - Wojtek Sedeńko - Posłowie do "Wizji alternatywnych 2"

(...) Drugim autorem, który towarzyszy mi w antologiach od samego początku [obok Rafała Ziemkiewicza - przyp. MS], jest Mirosław P. Jabłoński. Podobnie jak w przypadku pierwszych Wizji, przesłał fragment powieści znanej mi pod roboczym tytułem Elektryczne banany, która właśnie wydaje S.R. jako Ostatni kontrakt Judasza. To bardzo przewrotna powieść, iskrząca się niewymuszonym humorem, napisana lekko i sprawnie, dająca ironiczny obraz ewentualnej przyszłości staruszki Zeimi, podzielonej na małe państewka, enklawy i miasta, zgodnie ze strefami wpływów gospodarczych wielkich korporacji. To korporacje przemysłowe podzieliły u Jabłońskiego naszą planetę między siebie, a korporacje to właściwie wielkie organizacje przestępcze. W owych państewkach tworzą się całkowicie nowe obyczaje, powstają prawa pochwalające najbardziej wyuzdane pomysły, brak jest jakiegokolwiek moralnego autorytetu. I właśnie o całkowitym upadku kultury i sacrum jest to powieść. Niech nikogo nie zmyli lekka fabuła i żartobliwy ton, bo mówi ona o rzeczach ważkich i smutnych.

Tajemnica czwartego apokryfu (współautor Andrzej Mol) – SuperNOWA, Warszawa 2003;

Duch Czasu 2, czyli Wielka krucjata antymatriarchalna – Wydawnictwo „Solaris”, Olsztyn 2013.

Zbiory opowiadań:

Posłaniec (wspólnie Andrzejem Drzewińskim) – Nasza Księgarnia, Warszawa 1986;

Czas wodnika – Iskry, Warszawa 1990.

Opowiadania:

Mirosław Piotr JabłońskiDrzewo genealogiczne – Nurt 1/1978; Gazeta Krakowska 07.12.1984; zbiór opowiadań Czas wodnika, Iskry, Warszawa 1990;

Naumachia – Problemy 6/79; Gazeta Krakowska 28.12.1984; zbiór opowiadań Czas wodnika, Iskry, Warszawa 1990;

Pan Jardin – Pismo Literacko-Artystyczne;

Rybak – Pismo Literacko-Artystyczne 12/84; [w] zbiór opowiadań Posłaniec, Nasza Księgarnia, Warszawa 1986;

Wyliczanka – Fantastyka 7/ 1985; [w] zbiór opowiadań Czas wodnika, Iskry, Warszawa 1990;

Wyprawa – [w] zbiór opowiadań Posłaniec, Nasza Księgarnia, Warszawa 1986; Gazeta Krakowska 14.03.1986;

Sklep z płytami – Gazeta Krakowska 25.07.1986; [w] zbiór opowiadań Czas wodnika, Iskry, Warszawa 1990;

Sexbomba – Przegląd Techniczny 8-12/ 1986; [w] zbiór opowiadań Czas wodnika, Iskry, Warszawa 1990;

Czas wodnika – Fantastyka 5/1987; [w] zbiór opowiadań Czas wodnika, Iskry, Warszawa 1990;

Termitiera/Termit – Młody Technik 7-8/1987; Gazeta Krakowska; [w] zbiór opowiadań Czas wodnika, Iskry, Warszawa 1990;

Spowiedź Mistrza Mąk Piekielnych – Fantastyka 2/1989;

Dzień Procreatora – [w] zbiór opowiadań Czas wodnika, Iskry, Warszawa 1990;

Zabić Mr Immortala – [w] zbiór opowiadań Czas wodnika, Iskry, Warszawa 1990;

Mańkut – [w] zbiór opowiadań Czas wodnika, Iskry, Warszawa 1990;

Duch czasu (fragment powieści Duch czasu, czyli a w Pińczowie dnieje...) [w] antologia Wizje alternatywne – Arax, Białystok 1990;

Raj ateistów (fragment powieści Duch czasu, czyli a w Pińczowie dnieje...) [w] Dodatek literacko-krytyczny/Informator Euroconu 1991 – Kraków 1991;

Miasto obywateli (drukowane w 2 wersjach językowych (polskiej i angielskiej [w] Languages Bridges (kwartalnik polonijny) – Teksas 1991-93;

Spotkanie na końcu drogi [w] antologia Czarna Msza – D.W. REBIS, Poznań 1992;

Elektryczne banany (fragment powieści Elektryczne banany, czyli ostatni kontrakt Judasza) [w] antologia Wizje alternatywne 2 – ZYSK i S-ka, Poznań 1996;

Prawdziwa historia Orsona Wellesa – Fenix 2/1996;

Sierpem i młotem – Nowa Fantastyka 5/1996;

Powołanie Mariana Józefczaka – Fenix 9/1996 (56);

Tuamotu – Fenix 9/1997 (68);

W piątek, trzynastego [w] Informator Polconu – Białystok 1998;

Droga do Saliny [w] antologia Wizje alternatywne 3 – Wydawnictwo „Solaris”, Olsztyn 2001;

Chłopiec w jeziorze – Nowa Fantastyka 5/2001 (224).

Teksty Jabłońskiego tłumaczone na inne języki:

Az örjárat (Wyliczanka) – Budapeszt, Galaktika 12/1987;

Citizen's Town (Miasto obywateli) – Languages Bridges, Teksas 1991-93;

A Pokolbéli Kinok (Spowiedź Mistrza Mąk Piekielnych) – Budapeszt, Galaktyka 3/1993;

Der Stammbaum (Drzewo genealogiczne) w zb. Die Pilotin – Monachium, Wilhelm Heyne Verlag 1994;

Prawdivy přiběh Orsona Wellese a světa (Prawdziwa historia Orsona Wellesa i świata) [w] Polska ruleta – wyd. Laser, Plzen 2003;

Исповедь мастера адских мук (Spowiedź Mistrza Mąk Piekielnych) – http://www.galactic.name.

wróć do góry

Z recenzji...

Jeżeli na powieści Mirosława P. Jabłońskiego zakończy się historia polskiej SF, nie będę miał pretensji do losu. "Duch czasu" to niewątpliwie godne uwieńczenie - ostatni, szalony skowyt na gruzach świetnego niegdyś imperium.

Archwium polskiej fantastyki
Golden Days Tours - Discover Jordan
copyright 2013 | Webdesign Aem Paul Huppert Powered by Ceti