oficjalna, autoryzowana strona pisarza


MÓJ KĄCIK


To bardzo specjalne miejsce. Znajdują się tu rzeczy napisane specjalnie na tą stronę.

Na początek : Autobiografia Jabłońskiego czyli trudna droga do kariery...:

C.D.N.


Wreszcie i ja, dorobiłem się swojej strony w Internecie, a na niej kącika, w którym mogę pisać "co mi w duszy gra". W tym miejscu zamierzam zatem przedstawić swoją "trudną drogę do literatury". Stopniowo, choć nie obiecuję, że regularnie, będę swój kącik uzupełniał. A zatem śmiało - było tak:


MŁODY TECHNIK
22.IX.1976


Drogi Kolego!

Spełniając prośbę Kolegi, zwracamy opowiadanie, nadesłane na konkurs na opowiadanie fantastyczno-naukowe, pt. "Drzewo Genealogiczne" - godło "OMEGA", zarejestrowane pod numerem 1554/Red./80.

Nie zamierzamy go wydrukować.

Łączymy pozdrowienia.

Z listu Stanisława Lema, z 26.01.1977 r.:

"[...] W gruncie rzeczy jeszcze najlepsze jest 'Drzewo Genealogiczne', jakkolwiek nie gustuję osobiście w humorze typu absurdalnego, w którym poza absurdalnością o nic więcej nie idzie. Mimo to daję temu tekstowi pierwszą lokatę, ponieważ okazał Pan w nim niejaką wynalazczość zarówno konceptualną, jak i językową /neologizmy/. Rzecz jest sama w sobie błahostką, ale gdyby mi Pan TYLKO tę jedną rzecz przysłał, byłbym lepszej nadziei o Pana pisarskim rokowaniu, niż po lekturze innych, później powstałych tekstów. [...] Nie wykluczam tego, że mógłby Pan opublikować 'Drzewo Genealogiczne', na przykład posyłając maszynopis do poznańskiego 'NURTU', który SF stosunkowo często publikuje. Polecić Pana tekstu nie mogę, ponieważ nie uważam go za dobry, co najwyżej za obiecujący na przyszłość."


Tak też się stało. Posłałem, wydrukowali.


Z recenzji wewnętrznej Sławomira Kędzierskiego dla wydawnictwa "ISKRY":

"...Niestety, nie można tego powiedzieć, o 'Drzewie Genealogicznym' - opowiadaniu z założenia humorystycznym. Nie wiem, może brak mi poczucia humoru, ale bardziej mnie ten utwór irytował, niż śmieszył. Poza tym pragnąłbym zadać autorowi jedno pytanie: co chciał wyrazić w tym opowiadaniu, jaka jest jego myśl przewodnia? Ja jej odnaleźć nie zdołałem..."


Miesięcznik Społeczno-Kulturalny NURT
Poznań, 11.01.1978


Szanowny Panie,

opowiadanie Pana opublikowaliśmy już w numerze styczniowym. Za kilka dni otrzyma Pan numer oraz honorarium.

Z poważaniem


Sekretarz Redakcji

HA! Honorarium wyniosło, w 1978 roku, 1.083 złote [kwit do wglądu].


Z listu dziękczynnego do Stanisława Lema:


Szanowny Panie,

pozwalam sobie jeszcze raz, po roku czasu, zakłócić Pański spokój swoją skromną osobą. Ale niech mnie usprawiedliwi sam cel, w jakim do Pana piszę.

Mianowicie, chciałem Panu wyrazić swoje gorące podziękowania za udzielone mi rady. Konkretnie: idąc za nimi wysłałem w lutym ubiegłego roku to swoje "Drzewo Genealogiczne" do "NURT-u", i oto w styczniowym numerze tego miesięcznika zostało ono wydrukowane!

Jakkolwiek mam w pamięci Pana słowa, że pojedynczy druk niczego nie załatwia, ani nie przesądza, nie mogę się oprzeć zwykłej, ludzkiej radości, wynikającej z samego faktu debiutu! [...] Jakkolwiek nie znam Pana osobiście, to oprócz moich najbliższych, jest Pan jedyną osobą która rozumie moją pasję, i z którą pragnąłem się podzielić swoim małym sukcesem i radością...


Ach, młodzieńczy idealizm! Miałem wówczas 23 lata. Chciałem zostać artystą "multimedialnym", w wyniku czego otrzymałem taką oto lakoniczną odpowiedź:


SZPILKI
10.X.78


Szanowny Panie.

Z nadesłanych rysunków nie skorzystamy.
Łączymy pozdrowienia
Dział Graficzny


Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!


MŁODY TECHNIK
Wwa, 12,XII.1978


Drogi Kolego!

Odpowiadamy z dużym opóźnieniem na list Kolegi, gdyż w zasadzie oceniliśmy pozytywnie sześć opowiadań Kolegi i zastanawialiśmy się nad ich opublikowaniem. Zdecydowaliśmy ich jeszcze nie umieszczać - zachęcamy do dalszej pracy.

Łączymy pozdrowienia.


Nie wiedzieli, co znaczy natchniony młody adept pisarstwa! Zachęcony tak "po koleżeńsku", napisałem:

Szanowna Redakcjo, otrzymałem Wasz list, w którym zachęcanie mnie do dalszej pracy, więc ulegając temu posyłam maszynopis opowiadania "NAUMACHIA".


I też załączyłem pozdrowienia! Mój idealizm został natychmiast skarcony:


MŁODY TECHNIK
9 lutego 1979


Drogi Kolego!

Z zainteresowaniem przeczytaliśmy opowiadanie Kolegi pt. "Naumachia". Pomysł literacki jest dobry i odbija wyraźnie od typowego, "międzyplanetarnego" schematu opowiadania fantastyczno-naukowego.

Gorzej jest, niestety, z formą "Naumachii". Monolog jest w tym wypadku rozwiązaniem dość niezręcznym. Czytelnik ma większe zaufanie do formy dialogowej, do bardziej złożonej sytuacji interosobowej i rozbudowanej strukturalnie fabuły. To, co mówi jeden człowiek i to na zasadzie nieomalże gawędy czy wspomnienia, nie ma tej siły przekonywania, którą dysponuje opis aktualnej sytuacji. Zabiegi, jakie podjął Kolega w zakończeniu opowiadania, nie są w stanie w pełni uzupełnić niedoskonałości całego utworu.

Radzimy zapoznać się nieco z teorią literatury i poetyką, co niewątpliwie będzie miało wpływ na dalszy rozwój talentu Kolegi, czego mu serdecznie życzymy.

Łączymy pozdrowienia.


Z "ISKIER" też nie było pomocy:

Państwowe Wydawnictwo "ISKRY"
3.X.1979.

Szanowny Panie!

Uprzejmie zawiadamiamy, że niestety nie skorzystamy z propozycji Pana wydania u nas nowel "Bóg Wojny" i "Sklep z płytami". Zwracamy z podziękowaniem maszynopisy i załączamy recenzje pp. St. Zielińskiego, Sławomira Kędzierskiego, Wiktora Bukato, z których opiniami solidaryzujemy się.

Jednocześnie zapewniamy, że jeśli Pan wytrwa w pisaniu sf. może liczyć na naszą życzliwość i pomoc w przyszłości.

Łączę wyrazy szacunku

Z-ca Redaktora Naczelnego
Roman H. Kamionka


Wytrwałem. Pomogli. Podpisaliśmy w sumie trzy umowy. Dziękuję.

Opinie trzech recenzentów na temat opowiadania "Sklep z płytami", które znalazło w końcu swoje miejsce - podobnie jak "Drzewo genealogiczne" i "Naumachia" - w wydanym dużo później przez "ISKRY" tomie opowiadań "Czas Wodnika", różniły się. Pisze Wiktor Bukato:

"...Z kolei opowiadanie 'Sklep z płytami' reprezentuje dosyć rzadki w naszej literaturze gatunek powieści fantastyczno-baśniowej i już choćby ze względu na rzadkość rodzaju zasługuje na publikację."


Sławomir Kędzierski:

"...Nienowy bądź co bądź pomysł sklepu, który był-nie-był został przez autora zgrabnie zaadaptowany i opowiedziany. Widać, że całość była przemyślana i sprecyzowane zostały odpowiedzi na dwa pytania - co, i w jaki sposób chciał autor nam przekazać."

Natomiast Stanisław Zieliński był zdania, że:

"...Z pewnością nie są to utwory gorsze od tych, które uznajemy z ciężkim sercem za literaturę z prawem do wydania książkowego. [...] Autor z pewnością 'naczytany' literatury SF, ale to argument niewystarczający."


Na to moja druzgocząca riposta z 22,10.79, skierowana do "ISKIER":

Szanowny Panie Redaktorze,

przed kilkoma dniami otrzymałem zwrot moich tekstów z Waszego wydawnictwa, wraz z recenzjami, a ponieważ zastał mnie on [Kto? Chyba zwrot. Ech, pisało się kiedyś, pisało...] podczas kończenia mojej nowej powieści [nie przypominam sobie, żebym jakąś powieść napisał wcześniej], pt. "Kryptonim 'Psima'", posyłam ją Panom od razu, by nie dać Wam odetchnąć...


Były i drobne sukcesy. List do "PROBLEMÓW", w których działowi fantastyki patronował wówczas prof. Konrad Fiałkowski.

Szanowny Panie Redaktorze, dziękuję Panu serdecznie za zamieszczenie w czerwcowym numerze "PROBLEMÓW" mojego opowiadania pt. "Naumachia"...

I od razu poszedłem za ciosem:

...pozwalam sobie jednocześnie nadesłać kolejny mój tekst ["Sklep z płytami", przyp. mój], z nieśmiałą nadzieją, że i on w Pańskich oczach spełni kryteria kwalifikujące go do druku.


Nadzieja nie była "nieśmiała", tylko całkiem spora, ale tekst "nie poszedł". Natomiast o "Naumachii" Konrad Fiałkowski napisał tak w notce "Poscriptum" w "PROBLEMACH":

"Opowiadanie 'Naumachia' nie jest debiutem Mirosława Jabłońskiego i porusza ciekawy i niezbyt częsty w s-f problem rozumnego i nieznanego życia na naszym globie."


Jako niepokorny młodzian, postanowiłem poznać opinię o opowiadaniu "Sklep z płytami" samego Stanisława Lema. Niestety, nie była zachęcająca.


Potem w moim segregatorze znajduje się kartka formatu A-5:


Państwowe WydawnictwoWarszawa, 25.10.79
"ISKRY" Nr rejestru "R" 325/79
Warszawa, ul Smolna 11/13


POTWIERDZENIE ZŁOŻENIA MASZYNOPISU BEZ UMOWY


Niniejszym stwierdzamy wpływ pracy
Obywatela (ki) Mirosław P. Jabłoński
pod tytułem: Kryptonim Psima
Ilość stron: 157 ilość egzemplarzy: 1
Załączniki: 1 taśma magnetofonowa

Przewidywany termin odpowiedzi: 3 miesiące [tutaj mój dopisek - tj. 25.01.80].

Kierownik Redakcji

Podpis nieczytelny

Stanąłem u bram "sławy". Z innej strony nadszedł cios w plecy:


Instytut Wydawniczy "NASZA KSIĘGARNIA"
2.5.1980

Szanowny Panie.

Uprzejmie informujemy, że nie skorzystamy z pańskiej propozycji wydania opowiadań "Bóg Wojny" i "Sklep z płytami" w serii "Stało się jutro".

Oba utwory mają pewne wady, które wydają się nam nie do poprawienia. Zasadnicze zastrzeżenia budzi to, co w literaturze fantastyczno-naukowej jest szczególnie ważne, to znaczy pomysł. Ta warstwa opowiadań jest zdecydowanie wtórna. Naturalnie o oryginalność w fantastyce jest dziś trudno, dlatego pisarz musi się ratować twórczym artystycznie opracowaniem powielanego wielokroć, zaproponować czytelnikowi nowe, ciekawe ujęcie. Niestety, oba utwory nie mają i tego waloru. Są rozwlekłe [...], mają zbyt wiele drobiazgowych opisów, które nie wnoszą nic do tekstu, wręcz przeciwnie - w natłoku szczegółów ginie zasadniczy wątek. [...] Nie znaczy to naturalnie, że powinien Pan w ogóle zrezygnować z twórczości literackiej. Konieczne byłoby jednak narzucenie sobie większej dyscypliny językowej, a przede wszystkim uświadomienie sobie faktu, że konstrukcja opowiadania rządzi się innymi prawami niż konstrukcja powieści.

Łączymy wyrazy szacunku

Redaktor


Młody autor jest niecierpliwy. Minął termin przewidywanej odpowiedzi z "ISKIER", zatem 16 kwietnia 1980 roku napisałem:

Szanowny Panie Redaktorze,

uprzejmie proszę o odpowiedź, dotyczącą losu złożonej przeze mnie w Waszym wydawnictwie powieści pt. "Kryptonim 'Psima'".

Z poważaniem...

W odpowiedzi otrzymałem dwie recenzje: Wiktora Bukato i Sławomira Kędzierskiego. Głos ma Wiktor Bukato:


"Muszę przyznać, że po przeczytaniu powieści "Kryptonim 'Psima'" owładnęły mną uczucia dość różne. Zważywszy, że jest to debiut powieściowy autora, trzeba powiedzieć, że jest to debiut udany, gdyż powieść w ogólnym zarysie napisana jest dobrze. [...] Są tu zapożyczenia trochę z Lema, trochę z Dicka, conieco z filmu "Koziorożec 1", [... ale] temat powieści jest mimo to jedną z ważniejszych jej zalet. [...] Natomiast ostanie już zupełnie fragmenty są znakomite, a w szczególności pomysł ze skierowaniem grawilotu ku burcie statku w celu sprawdzenia, czy to seans fantomatyczny, czy też jawa. Bardzo mi się podobało.

Reasumując więc, powieść naprawdę warta jest wydania, ale wymaga ona wyważenia stylistycznego między poszczególnymi częściami [...] I proponuję także nowy tytuł dla powieści. Kryptonim Psima nie brzmi zbyt atrakcyjnie; ja miałbym propozycje dla autora zresztą. "Miasto ze snu". Co?

[...] Powieść Mirosława Jabłońskiego, jak na debiut, jest wyjątkowo obiecująca. Jeśli moja opinia Autorowi się na coś przyda, to zachęcam do dalszych prób. Nie powinniśmy się zawieść".


Sławomir Kędzierski:

"[...] Powieść napisana przez pana Jabłońskiego była dla mnie sporym i bardzo przyjemnym zaskoczeniem. Konstrukcja utworu, sposób prowadzenia narracji, dozowanie napięcia zaskakują nas swym dopracowaniem i wskazują na bardzo dużą i efektywną pracę włożoną w tzw. 'warsztat pisarski'.


Rank [to główny bohater 'Psimy'] ma w 90% bardzo dobrze wyważone proporcje między działaniem a myśleniem, jest ciekawą postacią, bo właśnie myśli, zastanawia się i przeżywa. Niech będzie takim do końca. Tym bardziej, że motywacja jego działania jest nieco polemiczna. Taranowanie 'Strzelca' jako forma przeprowadzenia dowodu, jest raczej dziwne. Przecież gdyby Rankowi udał się ten taran, co w jego mniemaniu wyjaśniałoby sprawę całkowicie - to przecież: po pierwsze nie mógłby nic zakomunikować, o niczym poinformować, a po drugie jego działanie mogłoby być nieobliczalne w skutkach dla całej ekspedycji. A poza tym, czy nieboszczyk byłby w stanie ocenić rezultaty swego działania? Jakie przyniosłoby ono konkretne korzyści, dane badawcze? No, wszakże ocalenie Rank uznałby za dowód 'manipulacji'. Trochę się więc w ostatnim akapicie całość wikła.

[...] Generalnie uważam, że powieść pana Mirosława P. Jabłońskiego "Kryptonim 'Psima'" spełnia warunki kwalifikujące ją do druku. Jest to utwór pomysłowo i sprawnie napisany, reprezentujący również pewne walory intelektualne. Autor chciał niepoddać się całkowicie konwencjom czysto przygodowej SF, pragnął pogłębić go, uatrakcyjnić warstwę intelektualną, psychologiczną, socjologiczną i w pewnym stopniu mu się to udało. [...] Gdyby pan Jabłoński zechciał przemyśleć pewne zmiany [...], to sądzę, że powieść "Kryptonim 'Psima'" możnaby włączyć do planu wydawniczego 'Iskier'."

Kartka formatu A-5, najdroższa memu sercu.


PAŃSTWOWE WYDAWNICTWO "ISKRY"
POLSKA SMOLNA 11/13 00-375 WARSZAWA
TELEGR. "ISKRY" TELEFON CENTRALI 27 60 01 - 03


Pan/i/ Mirosław Jabłoński
Warszawa, 30.10.80.
ul. Kazimierza Wielkiego 82/2
30-074 Kraków

W załączeniu przesyłamy umowę literacką na prozę "Kryptonim 'Psima'" z prośbą o podpisanie i zwrot do Wydawnictwa wszystkich egzemplarzy.

Jednocześnie prosimy o podanie, w jaki sposób przekazać należne honorarium /odbiór w kasie, przesłać pocztą, czy na konto/.

SEKRETARZ WYDAWNICTWA


A więc stało się!!!

[Pisownia i interpunkcja wszystkich cytowanych listów zgodna z oryginałami.]


Na takie dictum odpowiedziałem niezwłocznie:

Kraków, 13.11.1980

Szanowny Panie Redaktorze,

niniejszym odsyłam podpisane trzy egzemplarze umowy autorskiej, których podpisanie było dla mnie szczególnie radosnym momentem. [...]

Honorarium proszę mi przesłać pocztą.

Z poważaniem


Odcinek przekazu pocztowego, poświadczający, że Państwowe Wydawnictwo ISKRY przesłało mi 10.12.1980 roku 27.359 złotych.

To wtedy była forsa!!


PAŃSTWOWE WYDAWNICTWO ISKRY

Warszawa 15.I.1981
l.dz 138/91

Pan
Mirosław Jabłoński
ul. Kazimierza Wielkiego 82 m.2b
30-074 Kraków

Szanowny Panie!

Przesyłam po zredagowaniu maszynopis pańskiej powieści pt.: "Kryptonim Psima". Wniesione poprawki wydają mi się niezbędne. Są to przede wszystkim retusze stylistyczne. Myślę, że je pan zaakceptuje. Jeśli będzie Pan miał ochotę przyjechać do naszego Wydawnictwa, proszę nas o tym wcześniej zawiadomić.

Łączę pozdrowienia
R e d a k t o r
/Ewa Mironkin/


Nie pamiętam, czy pojechałem, chociaż w tamtych czasach - kiedy pracowało się mało i tyleż zarabiało - w wydawnictwach było pełno młodych redaktorek, które miały czas dla młodych autorów i patrzyły na nich w zachwycie w myśl następującego wierszyka:

Siedzi dziewcze z literatem,
mało go oczami nie zji,
odurzone aromatem
i herbatki, i poezji.


Za to w marcu posłałem do ISKIER maszynopis kolejnej powieści. Jej tytuł brzmiał "Idem" - to późniejszy "Schron".

Kraków, 2.03.81.

Szanowny Panie Redaktorze,

w trakcie formalizowania spraw z wydaniem mojej debiutanckiej powieści pt. "Kryptonim Psima" napisałem następną rzecz, którą pragnąłbym poddać ocenie. Trudno mi bardzo opiniować samemu na jej temat, ale pragnąłbym, by okazała się ona w Pańskich oczach równie dobrą i godną druku, co pierwsza. Tytuł nowej powieści brzmi "Idem".

Proszę więc o jej wnikliwą krytykę i rychłą odpowiedź.


Byłem na tyle cwany, że cztery dni później kopię powieści wysłałem także do "Czytelnika".

Kraków, 6.III.81.

Szanowny Panie Redaktorze,

pozwalam sobie nadesłać na Pana ręce maszynopis mojej powieści z gatunku SF pt. "Idem", z prośbą, by zechciał Pan dokonać jej oceny. Byłbym oczywiście szczęśliwy, gdyby owa ocena wypadła na tyle pomyślnie, iż mój tekst nadałby się do druku i do zaprezentowania go w formie książki.

Ponieważ jestem do tej pory zupełnie nieznany, chciałbym powiedzieć o sobie kilka słów.

Mam 25 lat i fantastykę usiłuję pisać już od lat ponad dziesięciu. Do tej pory mój dorobek literacki jest jeszcze nad wyraz skromny. Doczekałem się druku dwóch opowiadań; jednego w poznańskim NURCIE, i jednego w PROBLEMACH, a także oczekuję na ukazanie się w tym roku mojej pierwszej książki, na którą podpisałem umowę z ISKRAMI. "Idem" jest moją drugą powieścią i ją właśnie polecam Pańskiej uwadze.


Odpowiedź Stanisława Lema na list, który się nie zachował, ale którego treść łatwo odgadnąć.

Kraków 11.1.81

STANISŁAW LEM
ul Narwik 21
30-436 Kraków
tel 600-61


Szanowny Panie,

dziękuję za życzliwe słowa Pana listu i zarazem gratuluję Panu w związku z umową zawartą na książkę.

Co się tyczy członkostwa w ZLP, tryb był taki, że należało przedłożyć Komisji Kwalifikacyjnej przy Zarządzie Głównym dwie /conajmniej/ wydane książki; komisja uznawała je za podstawę udzielenia członkostwa /albo nie/. Obecnie mają nastąpić zmiany, idące w kierunku zaostrzenia kryteriów - przyjmowania nowych członków, bo mówią, że się "zamulił" ludźmi, którzy w ogóle z literaturą nic wspólnego nie mają - np. jako dziennikarze z ambicjami. Bliższych wyjaśnień będzie Panu mógł udzielić Oddział Krakowski ZLP /Kanonicza 7/

Z pozdrowieniami

Stanisław Lem


Państwowe Wydawnictwo Warszawa, dnia 5.03.1981
"ISKRY" Nr rejestru "R" 65/81
Warszawa, ul. Smolna 11/13 Ldz 551/81

POTWIERDZENIE ZŁOŻENIA MASZYNOPISU BEZ UMOWY

Niniejszym potwierdzam wpływ pracy:

Obywatela/ki/ Mirosław P. Jabłoński
pod tytułem: Idem
Ilość stron 207 ilość egzemplarzy 1
Załączniki /
Przewidywany termin odpowiedzi: 5.06.1981


SEKRETARZ WYDAWNICTWA KIEROWNIK REDAKCJI

/podpis nieczytelny/ /podpis nieczytelny/


CZYTELNIK był nieco bardziej opieszały.


czytelnik

ul. Wiejska 12a
00-490 Warszawa Warszawa, dnia 21 IV 1981 r.
tel. 28 14 41


Pan
Mirosław P. JABŁOŃSKI
ul. Kazimierza Wielkiego 82 m.2
30-074 Kraków


Szanowny Panie,

W związku z listem Pana z dn. 15.04. br. komunikujemy uprzejmie, że otrzymaliśmy maszynopis powieści Pana. Po uzyskaniu opinii recenzentów zawiadomimy Pana o naszej decyzji.

Z poważaniem
Redaktor Sekcji Prozy
Polskiej Literatury Współczesnej
/Matylda Wiśniewska/

Batalia o wydanie powieści "Idem" /później "Schron"/ rozpoczęła się.
Miałem też w zapasie parę opowiadań, które postanowiłem wyekspediować do KAW-u.

Kraków, 1.06.1981

Szanowny Panie Redaktorze,

pozwalam sobie nadesłać na Pana ręce kilka /dokładnie 11/ opowiadań z gatunku SF z prośbą o fachowe ocenienie ich. Chciałbym, by w Pańskich oczach wydały się na tyle dobre, by zasłużyły na ich wydrukowanie.

Ponieważ moje nazwisko jest jeszcze zupełnie nie znane, chciałbym kilka słów powiedzieć o sobie. Mam 26 lat i fantastykę usiłuję pisać od lat, bez mała, dziesięciu z różnym zresztą skutkiem.

Do chwili obecnej doczekałem się druku dwóch opowiadań i podpisałem umowę na druk powieści z Iskrami. A więc dorobek raczej skromny.

Teraz o opowiadaniach, które posyłam. Stanowią plon kilku lat i działalności w wielu kierunkach - od humorystycznych po sensacyjną SF. Dwa z nich - Sen i Podróż - są to fragmenty mojej powieści, dwa inne - Naumachia i Drzewo Genealogiczne - były prezentowane na łamach Problemów i NURT-u.

Krótki żart pod tytułem Cud był prezentowany słuchaczom w magazynie satyrycznym "60 minut na godzinę". A resztę proszę samemu ocenić, gdyż ja nie podejmuję się przemówić w ich obronie.

Czekam więc na Pańską odpowiedź, dotyczącą w/w tekstów.

Łączę wyrazy szacunku...


Ponieważ inne media nie przestawały mnie pociągać, napisałem i do Polskiego Radia.

Kraków, 17.08.1981

Szanowny Panie Redaktorze,

pozwalam sobie nadesłać na Pańskie ręce maszynopis mojej powieści fantastyczno-naukowej pt. "Kryptonim Psima", z nadzieją, iż być może zechce ją Pan spożytkować na antenie Polskiego Radia. Odwagą do takiego postępku natchnął mnie fakt, iż słyszałem kiedyś w programie trzecim czytany w odcinkach "Kontakt" Gabrieli Górskiej i pomyślałem nieskromnie, że może i dla mojej twórczości znalazłoby się tam miejsce. [...] SF usiłuję pisać od kilku lat, a "Psima" jest jak na razie moją pierwszą pozycją, która ukaże się jako debiut nakładem "Iskier". Jednak z powodu znanych trudności naszej poligrafii nie może nastąpić to szybko. Nie orientuję się zupełnie w sprawach proceduralnych i nie wiem, czy Radio prezentuje takie teksty, które jeszcze nie ukazały się drukiem, ale postanowiłem zaryzykować i pozostawić Pańskiej ocenie to, ile moja powieść jest warta. W wypadku, gdyby nie wzbudziła Pańskiego zainteresowania, proszę o zwrot maszynopisu. Na razie pozostaję z nadzieją, że tekst ten jest warty przedstawienia radiowej publiczności.


Tym razem nie udało się. Kolejny cios spotkał mnie ze strony "Iskier".


PAŃSTWOWE WYDAWNICTWO "ISKRY"
Warszawa 4.08.1981
l.dz. 1602/81

Pan
Mirosław P. Jabłoński
ul. Kazimierza Wielkiego 82/2
30-074 Kraków


Szanowny Panie,

przeczytaliśmy w redakcji Pańską nową powieść pt. "Idem", uzyskaliśmy także opinie pp. Godlewskiego i Sł. Kędzierskiego, M. Jentys i niestety musimy zwrócić ją Panu. W obecnej wersji nie możemy zakwalifikować jej do publikacji. W załączeniu przesyłamy recenzje.

Łączymy wyrazy poważania i pozdrowienia
Redakcja Debiutów Literackich
/Roman H. Kamionka/


A oto i najkrótsza recenzja wewnętrzna z ponad 200-stronicowej książki, jaką kiedykolwiek dostałem.


Mirosław P. Jabłoński - "Idem"

"Idem" to powieść - z grubsza biorąc - z rodzaJU science fiction, przypraWIONA elementami z dziedziny mitologii, pierwiastkami typu horror, mottami i motywami z "Apokalipsy", itp. itd. Z pewnością dobrze, tj. poprawnie "zrobiona", ze znajomością spraw warsztatowych, w miarę inteligentnie, w miarę efektownie. Trudno mi ją jednak kompetentnie ocenić, nie jestem oczytana w tego rodzaJU lekturze, nie gustuję w niej, rzadko po nią sięgam, i przyznam, że mnie "Idem" nudzi, wszystko co zawiera, zdaje mi się już gdzieś użyte, znane skądś, mało intrygujące, literacko bardzo przeciętne. Być może oczywiście, stosuję tu za wysoką "poprzeczkę", jakiej nie powinno się stwarzać dla literatury popularnej rozrywkowej. Proszę zatem o opinię znawcy,

Maria Jentys


Chwała niech będzie kobietom, które potrafią się krótko - choćby się na czymś nie znały - wysławiać!!!


Opinia Sławomira Kędzierskiego, jak na fachowca - o którego powołanie dopominała się p. Maria Jentys - przystało, ma 4 strony i jest konkretna. Zaczyna się obiecująco:

Zabrałem się do czytania powieści pana Jabłońskiego z dużym zainteresowaniem, mając w pamięci wcześniejsze kontakty z jego pisarstwem i właściwie nie spotkał mnie zawód.

Jednym z elementów, który pozwala się spodziewać, że pan Jabłoński ma szansę stać się bardzo ciekawym pisarzem-fantastą jest jego wyobraźnia - bogata, operująca ciekawymi skojarzeniami, paradoksami itp. A przecież w SF doprawdy trudno jest zadziwić czymś nowym. Oczywiście motyw "świat po nuklearnym katakliźmie" i "schron" nie są odkryte przez p. Jabłońskiego, można tu odnaleźć pewne odległe reminiscencje "Non-stop", Strugackich ale należy obiektywnie stwierdzić, że wszystkim tym wędrownym motywom autor nadał nowy, ciekawy kształt. Pan Jabłoński posiada również duże wyczucie dramaturgii, umiejętność konstruowania dobrych opisów i trochę szkoda, że nie wystarcza mu... cierpliwości, by pisać swój utwór może wolniej, ale za to nieco staranniej.

Ale należy operować konkretami.

Ciekawym i obiecującym jest pomysł związania fabuły z osobą Waelkego. Według kryteriów oceny jego społeczności, która uległa daleko idącym mutacjom, Waelke, będąc normalnym człowiekiem jest potworem, jest inny. Ta inność popycha go do działań, które początkują lawinowy bieg wydarzeń, podjęcie przez Waelkego podróży do ruin miasta i w efekcie wstąpienie (a raczej zstąpienie) do "Raju", podziemnego schronu, w którym mieszkają ocaleni z nuklearnej zagłady. Jednakże ten Raj pełen jest sprzeczności, walki, intryg, do których Waelke ma być użyty jako broń ostateczna. Waelke ginie, a jego śmierć staje się początkiem odrodzenia Ziemi.

Koniec utworu jest dobry, ale na szczegółowym wykonaniu zaciążył pośpiech. Ciekawiej chyba byłoby wykorzystać motyw zainteresowania Waelkego otaczającym go światem, jego wędrówki po opustoszałym, zniszczonym mieście ze śladami dawnej cywilizacji (może dałoby się znaleźć kogoś w charakterze mentora-przewodnika po tym obcym mu świecie). Byłby to proces samodzielnego budzenia się intelektu, pamięci genetycznej itp.

W tym ujęciu fragment ze schronem zaczyna funkcjonować na zasadzie paradoksu - na powierzchni świat zatruty, przekształcony, biedny i tragiczny, ale w jakiś sposób uczciwy w swojej walce o byt. Schron - "raj" jest w gruncie rzeczy piekłem, gniazdem skorpionów, w którym niewiele jest sprawiedliwości, wielu złych i milcząca, bezwładna reszta. Chyba tych mieszkańców Schronu należałoby może lepiej zróżnicować, określić, bowiem mimo wszystko są oni dosyć zunifikowani.

Mam też poważne wątpliwości jak chodzi o zakończenie utworu. Odnosi się wrażenie, że śmierć Waelke działa na zasadzie Deux ex machina, że nie ma na dobrą sprawę żadnego związku przyczynowego między śmiercią bohatera, a rozpoczynającymi się wydarzeniami. Trudno przecież przypuszczać, że tylko zgon bohatera jest "zapalnikiem" procesu oczyszczenia. Czy nie lepiej koniec uczynić mniej metafizyczny, np. Waelke może coś odkryć, co może przywrócić życie na Ziemi, zginąć w trakcie walki, uruchamiania urządzeń czy coś w tym rodzaju. Poza tym mam wrażenie, że należałoby wyraźnie określić jacy ludzie "wyszli" w końcu na powierzchnię - czy ci sami manipulatorscy wodzowie, czy ci ludzie ciężko doświadczeni przez los, którzy będą się starali inaczej kontynuować historię ludzkości. Utwór kończy się sytuacją "Zaczynamy wszystko od początku" - i nie muszę chyba tłumaczyć, że hasło to ma dość dwuznaczną wymowę.

Oczywiście, to co napisałem ma charakter luźnej refleksji, sugestii dalszych, czy też innych możliwości rozwinięcia tekstu. Takich wariantów jest wiele i tylko od pana Jabłońskiego zależy wybór rozwiązania.

Mam też kilka zastrzeżeń co do pewnych szczegółów. I tak np. małpoludy w ruinach miasta są chyba nienajlepszym pomysłem. Małpolud w tej sytuacji to przejaw genetycznego regresu, cofania się na drabinie ewolucji. Wydaje mi się, że w tej sytuacji mogły zachodzić mutacje, przemiany jakościowe, ale nie klasyczne wręcz uwstecznienie biologiczne. Druga sprawa, to sprawa owych widzeń Waelke - ich mechanizm nie został wyjaśniony, podobnie jak nie wyjaśniono, na ile przyjście na świat Waelke było zaprogramowane. Trzecia - czy nie jest przesadą owa zamiana tlenu w chlor? A potem w jaki sposób zaszła natychmiast odwrotna reakcja. Po co te nadmierne komplikacje, przecież kombinezony, hełmyitp. mogą być wywołane obawą przed infekcją, radiacją, mogą stanowić pewien rytuał czy coś w tym rodzaju. No i na koniec - jakim cudem w piątym dniu stworzenia znalazły się lasy?

Dwie następne wątpliwości są innego rodzaju. Co ma oznaczać tytuł "Idem" - po łacinie ten sam, tenże? Związek z treścią wydaje mi się dość luźny. Sprawa następna - to czy te negatywne postacie nie są zbyt przejaskrawione. Taki schemat "czarno-białe" już dość się przeżył i możnaby się pokusić na jakieś głębsze portrety tych ludzi. Tym bardziej, że w niektórych przypadkach, pragnąc pobudzić niechęć do opisywanych postaci, autor stara się nam je zohydzić poprzez opis ich czysto zewnętrznych cech czy działań. A chodziłoby o coś innego, o pokazanie, że mają oni przede wszystkim brudne ręce, złe myśli, o wyjaśnienie skąd i dlaczego takimi się stali, niż kazać im chorować na nerwową biegunkę.

Warstwa stylistyczna utworu pozostawia niestety sporo do życzenia - tu szybkość pisania może najbardziej dała się we znaki. Autor musi jeszcze bardzo dokładnie przeanalizować tekst pod tym kątem - wiarygodność słów i myśli poszczególnych postaci, styl ich wypowiedzi, odcienie wyrazowe itp. Trzeba na to bardzo zwracać uwagę, bowiem sytuacje, w których Waelke zaczyna operować skojarzeniami, które muszą być obce jego psychice, zasobie słów, mentalności - to cały efekt bierze w łeb.

Zdecydowanie nie podobały mi się Inferno i Paradiso (w ogóle takie łacińskie tytuły i głębokie motta robią dość pretensjonalne wrażenie). Muszę wyznać, że po pierwszych stronach byłem przerażony - dała tu bowiem (i w epilogu) o sobie znać jakaś nieprawdopodobna maniera pisarska - barokowość opisu, połączona z licznymi mitologicznymi wstawkami (nb. jak się pisze o Zeusie to nie należy używać postaci Wulkana, gdyż jest on z mitologii rzymskiej, ale Hefajstosa). Sprawiało to wrażenie, jakby autor postanowił napisać parę stron "ładnie i bogato", popisać się erudycją - i zupełnie niesłusznie, bo wstrzemięźliwy, beznamiętny opis robi większe wrażenie od rozbuchanego stylistycznie i naturalistycznego tekstu.

Powieść pana Jabłońskiego można uznać za bardzo ciekawy i obiecujący utwór. Jednakże o jego przyjęciu można będzie rozmawiać dopiero wtedy, kiedy autor ustosunkuje się do sprawy poprawek i uzupełnień fabularnych, a przede wszystkim sprawdzi, przemyśli i poprawi stylistykę. Biorąc pod uwagę "Kryptonim Psima" jestem przekonany, że pan Jabłoński potrafi zrobić z tej powieści utwór wartościowy, z głębszym przesłaniem i dobrze napisany.

Sławomir Kędzierski


Do wydania "Schronu" (dawny "Idem") dzieliło mnie jeszcze 6 lat, ale dziękuję Panu, panie Sławomirze. Zarówno Pan, jak i czytelnicy "Schronu" mogli się przekonać, że w większości wypadków zastosowałem się do proponowanych przez Pana zmian i sugestii.


Recenzja p. Godlewskiego nie pozostawiała żadnych złudzeń.

Rec. Grzegorz Godlewski

Mirosław P. Jabłoński "IDEM"

Jest to powieść science-fiction i w obrębie norm tego gatunku należy ją oceniać. A ocena - można to powiedzieć od razu - wypada zdecydowanie niekorzystnie. Główny zarzut to wtórność i banalność. Już sam ogólny pomysł fabularny razi brakiem oryginalności: katastrofa atomowa Ziemi - plemię pozostałe na powierzchni: ulegające regresowi ewolucyjnemu i kulturalnemu - społeczność żyjąca od wieków w Schronie /ach, te wielkie litery.../: rozbita walkami o władzę - kontakt między obu światami - Ziemia zbawiona przez ofiarę miłości i pierwotnej czystości. W części pierwszej - pełnej pretensjonalnego wielosłowia, egzaltacji i patosu - opis bytowania zdegenerowanego plemienia: popłuczyny po staroświeckiej trylogii Żuławskiego /ogołoconej z tak w niej interesującego zaplecza filozoficznego i historiozoficznego/ przerastające chwilami w opisy etnograficzne, żywcem przenoszone z antropologicznej dokumentacji ludów prymitywnych. Wizyjność apokaliptyczna, tonacja biblijna, fabuła - jak z bohaterskiego eposu /wszystkie rozdzialiki opatrzone mottami - oczywiście Biblia i Boska komedia/. Cały bagaż "myślowych" rekwizytów s-f/w rodzaju: Chaos uległ entropii/, nieporadności stylistyczne, pełne sztanc i kliszy, jak i jawnych modernizacji w warstwie narracyjnej, odblaski jakichś lektur itd.

Druga część przynosi zupełnie odmienną poetykę: obcujemy z całkiem współczesną zbiorowością, ogarniętą wewnętrznymi walkami /partyzantka, terroryzm/, jest tu miejsce i na mistycyzm, i romans, i obyczajowy koloryt. Tu wtórność ma inny obiekt: przebitki z Orwella i z Vonneguta, przedziwny melanż mitów: Chrystus /mesjanizm/, Pigmalion i Golem. Wszystko, oczywiście, kończy się szczęśliwie, ale autor po drodze nie potrafi sobie odmówić sterty banalnych aforyzmów i drętwego, ckliwego moralizatorstwa.

Wszystko to razem - zmieszanie stereotypów i kliszy, nagromadzenie w jednym miejscu tłumu mitów i toposów - daje efekt - przykro mi to stwierdzić - kiczu. Jedynie niektóre fragmenty drugiej części, w których autor porzuca na krótkie chwile namaszczoną powagę i wierność patetycznemu posłaniu swego utworu, by dać upust instynktowi parodii, wydają się wiarygodne estetycznie. Stylistyczny dystans do tematu, rozbijanie stereotypów i dość szczególnego rodzaju poczucie humoru - to strona utworu najbardziej autentyczna i najbardziej warta rozwijania. Ale to tylko skrawki stylu... Ogólnie rzecz znajduje się sporo poniżej progu druku.

Grzegorz Godlewski.


To także wziąłem sobie do serca.

Mirosław Jabłoński


Niewiele lepiej poszło mi w "Czytelniku".


czytelnik
ul. Wiejska 12a
00-490 Warszawa
tel. 28 14 41 Warszawa, dnia 13 X 1981 r.

Pan
Mirosław P. JABŁOŃSKI
ul. Kazimierza Wielkiego 82/2
30-074 K r a k ó w

Szanowny Panie,

W załączeniu zwracamy maszynopis powieści Pana pt. "Idem" i komunikujemy uprzejmie, że nie widzimy możliwości włączenia jej w tej postaci do naszego planu wydawniczego. W recenzji, którą jednocześnie przekazujemy, znajdzie Pan uzasadnienie naszej decyzji.

Łączymy wyrazy poważania
Redakcja Sekcji Prozy
Polskiej Literatury Współczesnej

Wiśniewska
/Matylda Wiśniewska/

Dużo więcej niemiłych rzeczy miał do powiedzenia Marek Wydmuch, recenzent z wydawnictwa "Czytelnik".

Mirosław P. Jabłoński: IDEM

Rzecz nie jest ani tak nowa, ani tak oryginalna w pomyśle, jak można by sądzić w pierwszej chwili. W 1959 roku Amerykanin Walter M. Miller jr. wydał dużą powieść "A Canticle for Leibowitz /"Kantyczka dla Leibowitza"/, której trzy części zatytułowane kolejno "Fiat Homo", "Fiat Lux" i "Fiat Voluntas Tua" przedstawiają historię nowej ludzkości, która rozwija się od początku po wojnie nuklearnej. Odnowicielami cywilizacji są mnisi, którym udało się przeżyć w kilku oddalonych od siebie klasztorach. Powtarza się średniowiecze, renesans, itd., a skoro ludzkość osiąga stopień rozwoju nauki i technologii, umożliwiający budowę broni masowej zagłady - następuje ponowna katastrofa. Otóż nie chcę broń Boże powiedzieć, że p. Jabłoński powiela tu w jakiś sposób pomysł Millera; nie miałbym zresztą podstaw do takiego twierdzenia, gdyż znacznie więcej jest między tymi powieściami różnic, niż podobieństw. Nie naśladownictwo zatem, ale raczej sięgnięcie po motyw dość już wyeksploatowany w literaturze SF /bo Miller nie był jedynym, a może tylko najlepszym pisarzem, który się nim posłużył/. Skoro tak, należałoby zapytać, jak Autor wykorzystuje ów zastany budulec, w jaki sposób go odmienia, modyfikuje - słowem: co nowego czy artystycznie własnego wnosi "Idem" do literatury fantastycznej.

Zacznijmy od spraw konstrukcyjnych i fabularnych. Powieść rozbita jest na trzy części, wyraźnie od siebie oddzielone: "Inferno", "Purgatorio" i "Paradiso". Pierwsza i ostatnia pełnią przy tym rolę mitycznych ram, w jakich osadzona jest część środkowa, zawierająca zasadniczą akcję. W "Inferno" przedstawiona została atomowa zagłada ludzkości. Stylistycznie ów prolog parafrazuje język legendowo-biblijny, nie czyni tego jednak dostatecznie wyraziście, tak że chwilami można żachnąć się na taki czy inny zbyt natchniony lub górnolotny zwrot, zapominając po prostu, że został on tu użyty zupełnie świadomie. Należałoby chyba wzmocnić nieco efekt mitu, jeśli /o czym dalej/ Autor chciałby w ogóle wstęp zachować.

Stylistyka oddziela prehistoryczne wprowadzenie od akcji, jaka rozpoczyna się w części drugiej. Resztki ludzkości, które przeżyły apokalipsę, wyrodziły się z czasem w jakieś potwornie zdegenerowane stwory, wiodące żałosną wegetację na poziomie istot pierwotnych. Wśród takich to pobratymców rodzi się Waelke - drogą jakiegoś dziwnego atawizmu obdarzony normalnym ludzkim rozumem i ludzką postacią. Waelke, nawiedzany przez dziwne sny, w których świat objawia mu się takim, jaki był niegdyś i jakiego sam nigdy nie widział, najwyraźniej wybrany został przez los na odnowiciela gatunku. Pewnego dnia, gnany wewnętrznym nakazem i zachęcany przez szamana plemienia, wyrusza w swoją życiową wędrówkę do ruin dawnego miasta. Po rozmaitych perypetiach zostaje tam pojmany - przez najprawdziwszych ludzi. Na tym kończy się pierwsza połowa drugiej części książki.

Druga jej połowa /przedstawiam ją w wielkim skrócie/ traktuje o intrygach wśród społeczności ludzkiej, która rozwinęła się po katastrofie w skrytych pod ziemią, wielopoziomowych schronach. Jest to jakby świat w miniaturze, powtarzający w mikroskali wszystkie konflikty i struktury społeczne, rządzony zaś przez prymitywnego despotę. Waelke może stać się w nim czymś w rodzaju Chrystusa, gdyż proroctwa któregoś ze zmarłych dawno przywódców owej podziemnej enklawy zapowiadały przybycie takiego właśnie wybawiciela. Zamiast tego jednak staje się narzędziem intrygi, zmierzającej do obalenia tyrana. Ginie przy tym, w wyniku zaś walki, jaką ludzie toczą między sobą o władzę, powierzchnia Ziemi zostaje ponownie zatruta i zniszczona - tym razem bronią bakteriologiczną. O tym też zniszczeniu mowa jest w trzeciej, zamykającej powieść części.

Tyle treści. Poszczególne części i rozdziały opatrzone są mottami z Biblii i z Dantego, noszą dantejskie tytuły, spis treści nazywa się "index rerum", a w samym tekście padają często rozmaite "mądre" słowa, zwroty pochodzenia obcego itp. - język, z jakim spotykamy się częściej w eseju, niż w powieści.

Autor jak mi się zdaje, lubi czynić użytek ze swej niewątpliwej erudycji, i może powinien nią dysponować bardziej oględnie, gdyż łatwo tu o pewien niepożądany efekt dodatkowy. Precyzję wypowiedzi osiągnąć można chyba bez skomplikowanych słów. Dalej: czy motta są koniecznie potrzebne? Może lepiej by było opatrzyć nimi tylko główne części książki, a nie wszystkie jej rozdziały? To rzecz do rozważenia.

Podobnego zastanowienia wymagałaby cała pierwsza połowa powieści. Otóż uważam, że wstęp - opis katastrofy atomowej i jej bezpośrednich konsekwencji - nie jest w najlepszym stylu, a co więcej - nie jest książce niezbędnie potrzebny. Tyle powstało już wizji zagłady ludzkości, a Autor nie wnosi do tego zbioru obrazów nowych, szczególnie wstrząsających /nie idzie przecież o samo mnożenie okropności/ czy bogatych, jeśli idzie o wyobraźnię. Byłoby zręczniej, gdyby wiedza o tym, co nastąpiło, wyłaniała się powoli z zasadniczego materiału powieściowego. Podobnie zrezygnowałbym z krótkiej trzeciej części. Nie ma chyba potrzeby uciekać się do patosu wstępu i epilogu, zaś ramy, w jakie ujęta jest właściwa akcja, są patosem tym wprost przepełnione. Zdaję sobie sprawę, że rozbijam w ten sposób pewną wyraźnie w "Idem" widoczną artystyczną koncepcję, ale - proszę mi wierzyć - czynię to w dobrej intencji, gdyż wiele już napisano książek bardzo podobnych, a wydaje mi się, że Autor lepiej się jednak czuje w normalnej narracji, niż w tego rodzaju biblijnych pastiszach. Zdecydowanie najlepsze w powieści są te jej partie, w których mowa jest o "prymitywnym" życiu Waelkego. To naprawdę ciekawa i udana wizja degeneracji ludzkości, napisana z dużą pomysłowością i wyobraźnią plastyczną. Pewnych poprawek wzmagałby może tylko zasób stosowanych tu metaforycznie pojęć, bo kiedy czytamy, że dzikus ubrany w skóry i broniący się przed dzikimi szczurami oszczepem z kości coś sobie tam myśli, a owe myśli rozwijają się np. "jak taśma filmowa", czujemy w tym jednak pewien zgrzyt. Rozumiem, że w narracji auktorialnej jest to możliwe, bo nie Waelke w końcu opowiada o sobie, ale ktoś o nim - trzeba jednak zadbać o pewną elementarną przystawalność języka do treści. Autor powinien poradzić z tym sobie bez trudu, tym bardziej, że cała rzecz sprowadzałaby się do uważnej lektury tekstu i ponownego przemyślenia miejsc, które budzić mogą jakieś wątpliwości.

Dalej, wraz z zejściem Waelkego do podziemia, rozpoczynają się prawdziwe kłopoty. Ta część książki jest, niestety, płaska, i po bardzo obiecujących pierwszych stu stronach przynosi spore rozczarowanie. Cóż z niej bowiem wynika?. Jakieś bardzo niewyraźne, antyutopijne nawiązania do realnej sytuacji społeczno-politycznej, trochę sensacji, trochę niezbyt przekonującego igrania z Nowym Testamentem - i nic więcej. Ludzie niszczą się nawzajem i niszczą przy tym prostaczka-Waelkego, który jest tu trochę takim Kasparem Hauserem, oddającym się z całym zaufaniem zepsutej cywilizacji i niecnie przez nią wykorzystanym. Głównym mankamentem tej historii jest jednak to, że nie bardzo wiadomo, po co została napisana. Żeby pokazać, że ludzie są źli? Że lepszy od nich jest dzikus, nie dotknięty wpływami kultury? Że historia powtarza się w makro- i mikroskali? Zapewne, wszystko to wynika z powieści, ale dla wypowiedzenia tych treści nie była tu wcale potrzebna konwencja fantastyczna. Daje ona większe pole do popisu, i - moim zdaniem - trzeba zawsze pytać, jak szansa ta została wykorzystana. Jeśli idzie o recenzowaną powieść - chyba nie do końca.

Proponowałbym rozwiązanie, które oznacza wprawdzie konieczność pisania połowy książki na nowo, ale zdaje się też obiecywać bardzo ciekawy efekt. Czy nie byłoby możliwe, by rzecz całą opowiedzieć konsekwentnie z perspektywy Waelkego /ale, oczywiście, w trzeciej osobie/? Zyskalibyśmy w ten sposób znaczne ograniczenie opisów owych podziemnych intryg, bo zrozumiałe, że biedny dzikus nie od razu przejrzałby to wszystko; zyskalibyśmy dość interesującą formalnie i nie tak wyeksploatowaną przez innych odmianę tego rodzaju fantastyki, zaś wszelkie reminiscencje, jakie pojawiają się w tekście i dotyczą dawnej katastrofy, przetworzone na język pojęć Waelkego i zaszyfrowane w obrzędy jego plemienia czy wiarę ludzi spod ziemi, byłyby ciekawym tropem, idąc za którym czytelnik powoli zacząłby sam się domyślać, co właściwie stało się z naszą planetą. Wtedy rzeczywiście nie byłby już potrzebny cały biblijny wstęp.

Oczywiście, taka droga jest bardzo trudna, wymaga bowiem konsekwentnego zachowania jednego punktu, z jakiego ogląda się świat, i ciągłego kontrolowania, czy bohater nie wie przypadkiem i nie rozumie więcej, niż wiedzieć i rozumieć powinien - ale efekt może być nagrodą za dodatkową pracę. To, co p. Jabłoński zrealizował wstępnie w opisie przygód Waelkego - jego stopniowe dojrzewanie do człowieczeństwa, budzenie się i pogłębianie świadomości, wewnętrzna ewolucja - można tu rozwinąć i wyeksponować jako główną perspektywiczną zasadę powieści, tak by bohater wraz z upływem czasu widział więcej i inaczej, niż na początku, by powoli uczył się pojmować i rozszyfrowywać /w epizodach "podziemnych"/ sprawy ludzkie - itd. itd. Wierzę, że Autor poradziłby sobie z tą pracą, i że powstała w ten sposób książka mogłaby być dla "Czytelnika" /i dla czytelników!/ bardzo cennym nabytkiem. Nie chciałbym, rzecz jasna, ingerować zbyt głęboko w plany p. Jabłońskiego i proponować zbyt wiele; to, co napisałem wyżej, jest zatem tylko niezobowiązującą sugestią, takim sobie myśleniem na temat przeczytanej powieści, usprawiedliwionym chociażby w ten sposób, że bierze się z "pociągnięcia" dalej widocznej w niej, ale później zarzuconej koncepcji. Być może Autor będzie wolał poprowadzić "Idem" w innym kierunku. To jednak, co prezentuje przedłożona nam wersja, nie wykorzystuje ani w połowie możliwości tkwiących w materiale. W obecnej postaci powieści przyjąć nie możemy, ale raz jeszcze namawiam p. Jabłońskiego do dalszych poświęconych jej starań.

Warszawa, 12.09.1981 Marek Wydmuch

Autor był zbyt leniwy i zbyt zadufany w sobie, by chciało mu się "poprowadzić 'Idem' w innym kierunku". Z przykrością - gdyż Marek Wydmuch od wielu lat nie żyje, a zmarł mając tyle lat, ile ja teraz - muszę stwierdzić, że z mojego jedynego spotkania z Nim nie wyniosłem przyjemnych wrażeń. Jednak teraz, po latach stwierdzam, że Jego recenzja książki była sprawiedliwa i zawierała w sobie - w sumie - sporo życzliwości do młodego - wówczas - autora. Muszę też poniewczasie podziękować p. Markowi za zachęcanie mnie do przerobienia powieści "Idem", choć nie poszedłem za Jego radami, gdyż zastosowanie się do ich uznałem za zbyt uciążliwe. Odrzuciłem jedynie owe drażniące wszystkich biblijne motta, bombastycznym stylem napisany wstęp i zakończenie oraz dopisałem kilka rozdziałów, które rozwiązywały intrygę książki w naturalny sposób, a nie Deus ex machina.


Gdzie indziej nie było lepiej:

KAW Krajowa Agencja Wydawnicza

00-679 Waszawa
ul. Wilcza 46
tel. Centr. 28-61-81 do 5
skrytka pocztowa 179
00-950 Warszawa
Konto:
NBP - XIII Oddział - W-wa
1137-1209

W.P.
Mirosław P.Jabłoński
30-074 Kraków
ul. Kazimierza Wielkiego 82/82


Warszawa 11.o8.1981 Nasz znak 1701/81 Wasz znak

Szanowny Panie!

Z żalem odsyłamy panu nadesłanym nam zbiór opowiadań, który w tej formie jako samodzielna pozycja nie kwalifikuje się jeszcze do druku /recenzja w załączeniu/.

W chwili przygotowywania kolejnego tomu antologii młodych, której edytorem jesteśmy od dwóch lat zwrócimy się do Pana z prośbą o przysłanie nam 4 utworów wymienionych na końcu.

Z wyrazami szacunku
redaktor serii SF

Andrzej Wójcik

Obiecanki cacanki, a głupiemu radość...!

A oto dołączona recenzja wenętrzna:

Warszawa dn. 24.VI.1981 r.

Andrzej Niewiadowski
al. Wyzwolenia 13 m 34
00-572 Warszawa

Recenzja wewnętrzna ze zbioru opowiadań
Mirosława P. Jabłońskiego

Dwanaście opowiadań Mirosława P. Jabłońskiego można klasyfikować w dość swobodny sposób co, na pierwszy rzut oka, wydaje się istotna zaletą całego zbioru. Zastosowanie kryterium tematycznego pozwala wyodrębnić szereg utworów dotyczących kontaktu z "innym światem" ("Naumachia", "Tamten lipiec", "Sen") oraz grupę wypowiedzi omawiającą założenia podróży temporalnej realizowanej środkami pozatechnicznymi ("Wyprawa", "Podróż"). Autor nie rezygnuje z nawiązania do poetyki "cudownego wynalazku", którą łączy z kryminalną odmianą science fiction ("Wariat", "Bóg wojny"). Różnorodność proponowanej tematyki podkreśla fakt, iż są to utwory o rzadko spotykanej skali odwołań : od tradycyjnego nurtu fantastyki technicznej i socjologicznej z jej bagażem popularnonaukowym ("Naumachia", "Bóg wojny"), aż po klasyczne pozycje z gatunku "inner space" ("Sen", "Podróż), zbliżone do metafory, baśni, przypowieści ("Rybak"). Te ostatnie podnoszą wartość recenzowanego zbioru dzięki autentycznej literackości wydarzeń, ale jest ich zdecydowana mniejszość, niezdolna stanowić o finalnej ocenie przesłania. Rozpiętość przywoływanej tradycji scjentyficznej świadczy na niekorzyść wewnętrznej spójności tekstów, jest wyrazem braku zdecydowania, niedojrzałości twórczej polegającej na zrównaniu w prawach pozycji ciekawych i przeciętnych, wywodzących się z mocno wyeksploatowanego odłamu historii przyszłościowej. "Rybak", "Sen", "Podróż", "Wyprawa", a zatem utwory odrzucające pseudotechniczny sztafaż fantastyki naukowej, rozbijające ciasne ramy konwencji formalnych, są w zasadzie jedynymi liczącymi się propozycjami autora. Korzenie genologiczne "Wyprawy" sięgają dwudziestowiecznej prozy psychologicznej, indywidualizacji przebiegu narracyjnego, odtworzenia niezafałszowanej świadomości człowieka. Podróż w głąb czasu okazuje się pouczającą lekcją historii, nie pozbawioną obciążeń dydaktycznych, lecz niebanalną, otwartą semantycznie, wytwarzającą subtelną aurę tajemniczości i niedookreślenia. "Sen" wraz z "Podróżą" zdają się nawiązywać do przerwanego eksperymentu "Solaris", opisując skutki kontaktu z Obcym Rozumem, który deformuje psychikę kosmicznych zwiadowców. "Rybak" jest interesującą przypowieścią o Wszechświecie, metaforą dotyczącą względności ziemskich teorii ontologicznych i stałości zasadniczych relacji międzyludzkich.

Pozostałe wypowiedzi zbioru są równie mocno związane ze swymi literackimi pierwowzorami. Zasada konstrukcyjna "Naumachii" przypomina technikę sprawozdawczą wczesnych opowiadań S.Weinfelda, zamieszczanych na łamach "Młodego Technika" w połowie lat 60-tych. "Bóg wojny" odwołuje się do sprawnych warsztatowo, lecz dość miałkich intelektualnie, sensacyjnych wypowiedzi J.Zajdla ( por. Np. "Żywa torpeda"), pochodzących z pierwszego okresu jego twórczości ( analogie z "Odruchem warunkowym" - St.Lema, mimo pewnego podobieństwa schematu topograficznego i sylwetki detektywa nie wydają się uzasadnione ).

Nowela zatytułowana "Wariat" nasuwa skojarzenia z "Biohazardem" - K.Fiałkowskiego, sprowadzonym do rangi drugorzędnej beletrystyki kryminalnej. Utwory spod znaku groteskowej odmiany science fiction nie mają stałego wzorca literackiego, oscylując pomiędzy żartobliwymi "scenkami rodzajowymi" Cz.Chruszczewskiego ("Kontakt" ) i Munchhausenadą Stanisława Lema ("Drzewo", "Podróż przedślubna" będące niemal dosłownymi replikami Ijona Tichego, zwłaszcza w sferze motywacji lingwistycznych i sytuacyjnych, niestety - bliższe "Sezamowi", aniżeli "Dziennikom gwiazdowym" ).

Każdemu z opowiadań recenzowanego zbioru można zatem przyporządkować odpowiedni model strukturalny science fiction. Problem polega jednak na tym, że omawiane utwory doskonale mieszczącą się w dotychczasowych konwencjach fantastyki naukowej. Poprawne pod względem konstrukcyjnym ( prawidłowe operowanie zaskoczeniem, utrzymanie napięcia akcyjnego, wykorzystanie różnych technik sprawozdawczych : od narracji pierwszoosobowej po wszystkowiedzącą ), są ubogie problemowo, powielając stereotypowe rozwiązania prozy przyszłościowej. "Naumachia" prezentuje kolejną hipotezę "wielości światów rozumnych", nie pozostawiając złudzeń, co do jej oczywistości i polemiczności. Koncepcja "sterowania urządzeniami mechanicznymi bezpośrednio przez ludzki mózg bez pośrednictwa ciała" ( "Wariat" - s. 13) została sformułowana lat temu kilkanaście ( zob. "Próba" - J.Zajdla i "Szansa śmierci" - K.Fiałkowskiego ). Blisko 70-stronicowa opowieść o kolonizacji Czerwonej Planety po raz kolejny z rzędu odświeża motto przesłania solaryjskiego: "Nie pokonamy /tego globu, ponieważ/ przywieźliśmy ze sobą te same przywary, które nam nie dawały żyć na Ziemi i rozpleniły się na kształt chwastów. To z nimi nie możemy sobie dać rady, a nie z Marsem" (s. 52).

Nawet najciekawsze wypowiedzi omawianego zbioru są nieokreślone pod względem problemowym, nie mówiąc już o realizacjach groteskowych, które, dla doraźnego efektu humorystycznego, porzucają interesujący wątek tematyczny ( "Kontakt" ), bądź też stanowią, niewiele mówiącą, igraszkę słowną ( "Drzewo genealogiczne", "Podróż przedślubna" ).

Zarzut odtwórczego wykorzystania łatwo dostępnych schematów konstrukcyjnych nie jest niestety jedynym, jaki można wysunąć pod adresem recenzowanego zbioru. Omawiane teksty budzą wiele zastrzeżeń natury językowej. Podstawowe niedomagania stylistyczne polegają na :

a) Formułowaniu długich, nużących i nierzadko zawikłanych zdań, czasem nieporadnie zbudowanych, w których chce się zawrzeć maksimum treści ze szkodą dla jasności i zwięzłości przekazywanej informacji. Tego rodzaju zapis utrudnia obserwację zdarzeń fabularnych, przeszkadzając w nawiązaniu porozumienia z czytelnikiem ( np. "Naumachia" s. 2 ; "Wyprawa" s. 10 / przedostatnie zdanie osłabia finalny efekt wypowiedzi/ ; "Podróż przedślubna" s. I ; "Tamten lipiec" s. I/również przedostatnie zdanie/, "Wariat" - cała pierwsza strona, zwłaszcza pierwsze I5 wersów, także s. I2 i s. I8 ; "Bóg wojny" ss. I, 7, 6, 30.)

b) Przestawianiu szyku wyrazów, niezgodne z przyjętą normą językową ( np. "Podróż" s. I"; "Bóg wojny" s. 4 ).

c) Powtarzaniu wyrazów i całych grup leksykacyjnych (np. "Podróż" s. I28 ; "Bóg wojny" s. 22 / dwa ostatnie zdania) / ,s. 39 i nast., pierwsze zdanie na s. 30, s. 60 ).

d) niefortunnych, czasem wręcz humorystycznych porównaniach : " huk, jakby kto z armaty wypalił w ucho" / "Bóg wojny" s. 57 /, błędach frazeologii : "opowiadać perypetie" / "Bóg wojny" s. 26/ , " zaspokoić do dna" / "Wyprawa" s. I0 / i pisowni : "nie mały trud", " w cale " / "Bóg wojny" - odpowiednio strony : 55 i 56 ).

Wniesione poprawki, jako wynik autorskiej adjustacji tekstu, dają efekt przeciwny do zamierzonego, są nieprzemyślane, pośpieszne i nerwowe ( zob. np. s. 50 w "Bogu wojny" ). Denerwuje nieporadna, schematyczna charakterystyka bohaterów (ss. 9, I9 w "Bogu wojny" ), oraz zbytnia klarowność zagadek kryminalnych, zapożyczonych z epoki Sherlocka Holmesa i układających się w przejrzysty schemat "dreszczowca science fiction" : "wypadku - postawienia hipotezy - poszukiwania - błędnego tropu - eksperymentu - odkrycia - wyjaśnienia problemu".

Podsumowując dotychczasowe uwagi i spostrzeżenia oświadczam, że recenzowany zbiór opowiadań, jako samoistna całość, nie odpowiada kryteriom publikacji, ponieważ nie odznacza się szczególnym nowatorstwem poznawczym. Jest kompozycyjnie wtórny, obfituje w potknięcia stylistyczne i gramatyczne. Błędem byłoby jednak uogólnianie powyższych wniosków i odnoszenie ich do wszystkich wypowiedzi omawianego cyklu. Niektóre z nich, o czym pisałem, reprezentują rzadko spotykaną odmianę science fiction, operującą nastrojem i wieloznacznością, zainteresowaną wewnętrznym Kosmosem człowieka, jego doznaniami i procesami myślowymi, rezygnującą z odtwarzania zagadek kryminalnych i wyjaśnień o charakterze popularnonaukowym. Dlatego też, właśnie te opowieści ( "Rybak", "Sen", "Podróż", "Wyprawa") proponowałbym zamieścić w specjalnej antologii debiutów polskich pisarzy science fiction.

Niewiadowski

Do czego jednak nie doszło. A przy tym... ech, łza się w oku kręci, jak sobie człowiek przypomni, że ktoś czytał jego teksty i recenzował na pięciu stronach maszynopisu!

Mirosław Jabłoński


C.D.N.