napisz do autora

PODRÓŻNIK

W KRAINIE GRECKICH BOGÓW

Tekst: Mirosław P. Jabłoński

Grecja, kolebka europejskiej kultury, kojarzy się z pięknymi mitami, filozofią oraz ideą demokracji i olimpizmu. Dla turysty to przepiękny kraj z najsłynniejszymi zabytkami starożytności i najwspanialszymi plażami świata na stałym lądzie i setkach śródziemnomorskich wysp.

Meteory nie spadły z nieba

Greckie Meteory (gr. "będący wysoko w powietrzu") to niezwykłe formacje skalnego piaskowca w Tesalii, w północno-zachodniej części Grecji. Na ich szczytach usadowiły się w XIV w. prawosławne klasztory, z jednej strony dające mnichom nieograniczone możliwości kontemplacyjnego życia, a z drugiej wspaniałe możliwości obronne, gdyż tak towary, jak i ludzi, transportowano na górę w podwieszanych na linach koszach.

My kontemplujemy na razie urokliwe widoki z dołu, z poziomu wody w basenie kempingu w pobliżu Kalambaki, marząc jednocześnie o tym, by jak w legendzie o św. Atanazym, założycielu Megalou Meteoru, Wielkiego Meteoru, przyleciał orzeł i zaniósł nas na szczyt. Towarzyszący nam ornitolog zapewnia, że cudu nie będzie, przeto następnego dnia wyruszamy w górę o własnych siłach.

Na pierwszy ogień idzie monastyr świętego Mikołaja - z asfaltowej szosy schodzimy w bok i ruszamy ścieżką przez malownicze chaszcze, w których szeleści coś tajemniczo. Niezaatakowani przez żadnego potwora wspinamy się przez 45 minut górskim szlakiem, wiodącym pod wyglądającą na niemożliwą do zdobycia z tej strony skalną ścianą, a w końcu docieramy na klasztorny dziedziniec graniczący przez mur z... parkingiem, na którym stoją luksusowe autokary oraz barowóz! Wypijamy od razu po dwa zimne piwa i wchodzimy do monastyru. Wstęp 2 euro. W klasztornych wnętrzach panuje przejmujący chłód, a na mostkach, kładkach i krużgankach wieje zimny wiatr. W tej sytuacji wypite wcześniej piwa przestają być dobrym pomysłem! Kupując malowane ręcznie miniaturowe kopie ikon szczękam zębami i marzę o wyjściu na słońce. Ponieważ Agios Nikolaos jest małym monastyrem, moje modlitwy zostają rychło wysłuchane, i niebawem wędrujemy szosą w dół, w pełnym słońcu, co teraz każe żałować, że nie kupiliśmy zimnego piwa na drogę!

Z szosy schodzimy na przypominającą zakopiańską Drogę pod Reglami szeroką, wygodną ścieżkę dla pieszych, która kończy się wąską kładką prowadzącą do klasztoru Varlaama. Zaraz przy wejściu zbawienne toalety wyposażone w nowoczesną armaturę i wyłożone białymi płytkami. W samym monastyrze znajduje się m.in. pięknie utrzymany ogród, kościół z 1627 roku poświęcony Trzem Biskupom: Bazylemu Wielkiemu, Grzegorzowi Teologowi i Janowi Chryzostomowi, oraz muzeum mieszczące się w starym refektarzu. Ściany klasztoru zdobią freski znanego ikonografa Frangosa Katelanosa; monastyr jest skarbnicą wielu relikwii, ikon, wotów i cennych liturgicznych przedmiotów.

Na wyprzódki robimy zdjęcia oddające wrażenie zawieszenia klasztoru pod samym niebem. Przypominam sobie kręconą w Meteorach scenę z Tylko dwa twoich oczu, w której Roger Moore, w roli Jamesa Bonda, wspina się po linie na jedną ze skał; w ostatnich sekwencjach filmu pojawia się polski śmigłowiec z PZL Świdnik, który teraz byłby jak znalazł, żeby - na wzór orła św. Atanazego - przeniósł nas z powrotem na ziemię. Cud jednak znowu się nie zdarza, więc drałujemy piechotą do obozowiska, gdzie czeka basen i ci, którzy nie ruszyli się znad jego brzegu.

Wyrocznia delficka

Delfy, obecnie "zamaskowane" pod nazwą Kastri, leżą 160 km od Aten, u stóp wznoszącego się na 2457 m npm Parnasu, siedziby Apollina i jego Muz. Ze względu na położenie miasta w kotlinie górskiej starożytni uważali je za środek Ziemi, co symbolizuje odnaleziony w 1915 r. omfalos, kamienny "pępek świata".

Teren całego sanktuarium, przecięty drogą z Aráchovy, dzieli się na trzy odrębne części: Święty Okrąg, Marmarię i źródło kastalskie Jednym z najsłynniejszych zabytków nie tylko Delf, ale i całej Grecji, jest świątynia Apolla Pytyjskiego, wzniesiona w 510 r. pne z funduszy napływających z całej Hellady. To tutaj wieszczka zwana Pytią, odurzona wydostającymi się ze skalnej rozpadliny wulkanicznymi wyziewami, wygłaszała swoje proroctwa "na dwoje babka wróżyła". Sława tych przepowiedni sprawiła, iż przez tysiąc lat do Delf przybywali spragnieni porad pielgrzymi, zasilając darami miejską kasę. Sława i bogactwo Delf było tak wielkie, że stały się one dla Greków "starożytną Szwajcarią" - wiele państw-miast pobudowało tutaj swoje wyglądające jak miniaturki świątyń skarbce, budzące chciwość sąsiadów.

Po pierwszej świętej wojnie wyrocznia zachowała swą autonomię, ale w czasie najazdu Persów Delfy nie popisały się ani odwagą, ani lojalnością wobec Greków, zaś od złupienia przez wojska perskiego króla Kserksesa miasto uratowało trzęsienie ziemi. Po tych niechlubnych wydarzeniach sanktuarium nieodwołalnie utraciło autorytet i władzę.

Marmaria to gimnazjum, łaźnia, dom kapłanów, świątynia, a także wzniesiony ok. IV w pne. tolos. Jest to rotunda z dwudziestoma doryckimi kolumnami. Nie wiadomo do końca, jakie było przeznaczenie tej budowli, ale prawdopodobnie celebrowano tutaj kult herosów.

Powyżej świątyni znajduje się amfiteatr, a jeszcze wyżej stadion z dobrze zachowanymi kamiennymi trybunami.

Obok wejścia na teren ruin delfickich płynie po skałach potok - to ponoć święty Kassotis, źródło kastalskie, którego woda przynosić ma powodzenie, bogactwo i zdrowie. Nabieramy cudownego płynu do naczyń, ślubując sobie używać go do codziennych ablucji, ale ponieważ na nocleg rozkładamy się na jakimś zachwaszczonym parkingu przy szosie, cały zapas "żywej wody" idzie na potrzeby kulinarne. Z rozczarowaniem przyznajemy, że chińskie zupki smakują dokładnie tak samo, jak przyrządzone na zwykłej kranówie!

Akropolis adieu!

Akropol to inaczej "miasto na wzgórzu". Najsłynniejszym z nich jest akropol ateński, tak za sprawą konotacji historycznych, jak stanu zachowania i odrestaurowania zabytków. To kolebka Aten z okresu mykeńskiego (połowa II tys. pne), kiedy to na wzgórzu zbudowano zamek warowny, a wokół niego, na sąsiednich wzniesieniach, powstało rozległe miasto z agorą, Areopagiem (miejscem sądów), świątyniami i gmachami użyteczności publicznej. Szczególny rozkwit Aten przypadł na panowanie Peryklesa (443-429 p.n.e.), który - między innymi - połączył miasto z Pireusem, otaczając całość murami.

Współczesne Ateny to trzyipółmilionowa, zadymiona i zatłoczona aglomeracja, po której ulicach szaleją brawurowo prowadzący kierowcy nadużywający gazu, hamulców oraz klaksonów, i z której, po zwiedzeniu Akropolu, chce się natychmiast uciekać.

Od V w. pne na Akropol wchodzi się przez zaprojektowane przez Mnesiklesa Propyleje - monumentalną bramę składającą się z centralnego budynku i dwóch skrzydeł. Do owego wejścia prowadzą niemal równie monumentalne stopnie, po których nie tyle wchodzi się, lecz wspina, co w ponad 35-stopniowym upale (95 F) nie należy wcale do przyjemności.

Przed nami Partenon, świątynia dorycka poświęcona Atenie Dziewicy ("dziewica" to po grecku parhtena), jedna z najbardziej znanych budowli świata, której wznoszenie nadzorował Fidiasz, najwybitniejszy rzeźbiarz starożytnej Grecji. (Notabene, to na wzór Partenonu zbudowano Bramę Brandenburską w Berlinie, tyle tylko, że nie dopatrzono wielu ważnych trików perspektywicznych, które zastosowali starożytni, i niemiecka Brama "rozjeżdża się" optycznie). Wewnątrz Partenonu stał gigantyczny posąg Ateny ze złota i kości słoniowej, wyrzeźbiony ponoć osobiście przez Fidiasza.

Wśród oślepiającego blasku słońca odbijającego się od białych, rozpalonych marmurów wleczemy się ku Erechtejonowi, świątyni wzniesionej na cześć Posejdona i Ateny, rywalizujących ze sobą o to, które z nich będzie patronem miasta. Erechtejon jest ciekawą architektonicznie jońską świątynią - składa się z trzech połączonych ze sobą brył wzniesionych na dwóch poziomach, co wymuszone zostało przez ukształtowanie terenu. Najsłynniejszym fragmentem Erechtejonu jest portyk południowy, tzw. krużganek Kor, w którym kolumny zastąpiono kariatydami.

Oglądamy jeszcze Apteros, pozostałości maleńkiej świątyni Nike Bezskrzydłej, a potem uciekamy w dół, do miasta, gdzie na prowadzącej z Akropolu handlowej ulicy znajduje się budka z najlepszymi na świecie pitami. Posiłek popijamy zimną colą, i od razu pędzimy po kolejną pitę! Wzmocnieni na duchu i ciele mamy jeszcze tyle sił, by dotrzeć przed budynek Parlamentu - to pałac pierwszego monarchy greckiego, bawarskiego króla Ottona - i obejrzeć zmianę warty żołnierzy w tradycyjnych strojach. Potem już nieodwołalnie bierzemy nogi za pas i zmykamy do autokaru, którym ruszamy w stronę Peloponezu.

Akropolis adieu, jak śpiewała niezapomniana Mireille Matthieu!

Córy Koryntu

Z Aten w Attyce przejeżdżamy na półwysep Peloponez po moście przerzuconym nad Kanałem Korynckim. Już z okien autokaru widać prostą jak strzelił drogę wodną łączącą Morze Jońskie z Egejskim. Kanał ma ponad 6 km długości, 24 m szerokości, 79 m głębokości, i do złudzenia przypomina gigantyczny rów melioracyjny. Wracamy piechotą na wiszący kilkaset metrów nad lustrem wody most i robimy zdjęcia w daremnym oczekiwaniu na pojawienie się jakiejś jednostki morskiej - podobno dopiero widok olbrzymiego statku, który burtami niemal ociera się o ściany kanału, daje wyobrażenie o skali osiągnięć obu inżynierii - morskiej i lądowej.

Chociaż idea budowy kanału sięga VI w pne i przypisywana jest Periandrowi, jednemu z siedmiu mędrców greckich, to do budowy w 67 r. ne przyłożył rękę sam Neron, który wbił nawet w ziemię pierwszą łopatę, ale potem zagonił do tej roboty 6000 niewolników, głównie żydowskich jeńców z rzymskiej kolonii w Judei. Neron umarł w następnym roku, a w raz z nim pogrzebano ambitny projekt. Powrócono do niego pod koniec XIX w., kiedy rozwój techniki umożliwił wykucie przesmyku w skalistym podłożu, które sprawia, iż ściany kanału nie wymagają żadnych umocnień.

Ponieważ w dole nie pojawia się najmniejsza choćby łódka, ruszamy dalej. Rozkładamy się obozowiskiem na bezpłatnym, pylistym kempingu, po czym ruszamy na zwiedzanie ruin starożytnego Koryntu, znanego dziś powszechnie nie tyle za sprawą wojny korynckiej między Spartą a połączonymi siłami Argos, Teb i Koryntu, czy Związku Korynckiego, traktatu pokojowego narzuconego greckim polis przez króla macedońskiego Filipa II, co z sakralnej prostytucji uprawianej w świątyni Afrodyty. Jej ruiny (świątyni, nie Afrodyty!) nie zachowały się, niestety, natomiast po dziś dzień podziwiać można dumnie sterczące kolumny świątyni Apollina.

Połaziwszy wśród ruin i porastających je chaszczy wracamy na nasz podobnie wyglądający kemping. Przy jednym z nielicznych kranów z zimną wodą ustawiają się nasze zdesperowane koleżanki i nie bacząc na męskie spojrzenia myją się, rozebrane do pasa. Jak widać, w Koryncie tradycja nie ginie!

Taka piękna katastrofa!

Z Koryntu ruszamy w głąb Peloponezu. Najpierw kraina zwana Argolidą, gdzie w Epidauros znajduje się wspaniały amfiteatr - jego akustyka jest tak wyśmienita, że dźwięk towarzyszący upuszczeniu pudełka zapałek na środku sceny słychać wyraźnie kilkadziesiąt metrów wyżej, w ostatnim rzędzie siedzisk! Przejeżdżamy przez Didymę i rozkładamy się obozem na przytulnym nadmorskim kempingu w Tolo. Przed nami dwa dni plażowania i rejs na pobliskie wyspy.

Pierwszego dnia, we trzech, wyruszamy wpław na małą wysepkę w Zatoce Argolidzkiej. Po godzinie wspinamy się na pomost przy skalistym brzegu, budząc zdziwienie pary mieszczuchów przybyłych tu motorówką. My mamy tylko maski, płetwy i kąpielówki, w których kryją się zabrane zapobiegliwie greckie drachmy. Leniuchujemy chwilę, a potem płyniemy w stronę miasteczka - teraz to tylko półgodzinny "rejs". Docieramy do pierwszego z brzegu sklepiku, pokazujemy mokre pieniądze i dostajemy piwo za samą obietnicę ich wysuszenia. Banknoty schną na rozgrzanej od słońca blasze lodówki, a my zastanawiamy się, czy wracać wodą, płynąc wzdłuż cięciwy półkolistej zatoczki, czy drałować piechotą. Po trzecim piwie, o dziwo, zwycięża rozsądek, i ruszamy pieszo na kemping. Zaczynamy się śpieszyć, bo wieczorem naszą grupę czeka zorganizowana ad hoc grecka biesiada z turnusem polskich turystów ze Śląska.

Grecka kolacja okazuje się jednym wielkim nieszczęściem - nasza 20-osobowa grupa spóźnia się haniebnie, na jedzeniu restauratorzy wyraźnie zaoszczędzili, i tylko wina jest w bród. Grecy zaczynają uczyć nas na siłę swoich chodzonych tańców, starając się przełamać wrogość i milczenie panujące miedzy dwoma grupami Polaków. Mimo donoszonych wciąż dzbanków wina, na nic to wszystko; to nie jest alkohol, przy którym rodak brata się z rodakiem. Wstaję więc, i jak Grek Zorba wznoszę toast za "tę piękną katastrofę"! Nikt tego nie rozumie, toast trafia w próżnię, co tylko potwierdza, że był trafny! Pognębiony w ten sposób moczę głowę w fontannie i ruszam zakosami na kemping.

Następnego dnia rejs na pobliskie wyspy: Spetses to pierwowzór Phraxos z "Maga" Johna Fowlesa, a stojący nad wodą hotel to powieściowa szkoła im. Lorda Byrona (jego grób widzieliśmy w miasteczku Messolonghi w zach. Grecji). Hydra jest mniejsza i bardziej malownicza; mieszka tam ze 2 500 osób, a jedynym środkiem transportu jest osioł!

Grób Agamemnona

Z leżących na wzgórzu starożytnych Myken, skąd wywodzi się najstarsza kultura Grecji kontynentalnej na półwyspie peloponeskim, pozostały szczątki zabudowań sięgające od połowy łydki do pasa zwiedzającego. Lepiej zachowały się odkopane przez Heinricha Schliemana i jego następców mury obronne ze słynną Bramą Lwów, oraz szybowe i komorowe grobowce uznawane za miejsca pochówku byłych władców państwa-miasta. Najsłynniejszym z grobowców jest tzw. Skarbiec Arteusza, nazywany grobem Agamemnona, mitycznego władcy Myken i głównodowodzącego wojskami Achajów podczas oblężenia Troi. Po zdobyciu miasta Agamemnonowi przypadła za żonę córka Priama, znana z wieszczenia złych nowin Kasandra. Podobny związek nie mógł skończyć się szczęśliwie - po powrocie do Myken Agamemnon został zamordowany przez pozostawioną w domu żonę i jej kochanka - obezwładnionemu królowi niewierna Klitajmestra odrąbała głowę toporem. Podobny los spotkał też Kasandrę, co nie sprawiło jednak, by wraz z tym czynem zniknęły ze świata kasandryczne wieści!

Do leżącego poniżej parkingu grobu Agamemnona wchodzimy przez długi, 35 metrowy korytarz, tzw. dromos. Jego ściany wyłożone są wielkimi kamieniami, a wejście do grobowca ma ponad 5 m wysokości. Nadproże to kamienna belka o wadze 120 ton (sic!), nad którą pozostawiono otwór, zwany trójkątem odciążającym. Sama komora grobowa jest kompletnie pusta i przypomina wnętrze ogromnego ula - przykrywająca go kopuła była największą tego typu konstrukcją na świecie aż do II w ne, kiedy w Rzymie wybudowano Panteon. Sklepienie istotnie robi wrażenie, zwłaszcza jeśli zważyć, że tworzące je kamienne bloki wiszą w górze od ponad 3000 lat jedynie za sprawą grawitacji i obsypującej kopułę ziemi!

Nie odmawiamy sobie przejścia przez główne wejście do Myken w epoce starożytnej, Lwią Bramę, przez którą, według legendy, Amamenon wyruszył z wojskami pod Troję. Wypełniająca trójkąt odciążający nad nadprożem płaskorzeźba z 1250 r. pne przetrwała w znakomitym stanie, mimo że cały czas była wystawiona na warunki atmosferyczne i zakusy łowców starożytnych artefaktów. Jeden z nich, lord Elgin, ubolewał nawet, iż: Blok, na którym lwy są wyrzeźbione jest zbyt duży i zbyt odległy od morza, aby mieć jakąś nadzieję uzyskania tak sławnego dzieła z epoki Heroicznej.

Poniżej bramy znajduje się grobowiec nazywany grobem Klitajmestry - dużo mniejszy od grobu Agamemnona, ale i tak za duży jak na miejsce pochówku mężobójczyni!

Sportowe życie

Starożytna Olimpia leży na zachodnim wybrzeżu Peloponezu i - poza nazwą - nie ma nic wspólnego z Riwierą Olimpijską u podnóża świętej góry. Oba miejsca łączy postać mitycznego Zeusa - Olimpia była najsławniejszym miejscem kultu greckiego boga, którego posąg, dłuta Fidiasza, był jednym z siedmiu cudów antycznego świata. To, co pozostało z mieszkania i warsztatu rzeźbiarza nie oszałamia wielkością; aż trudno uwierzyć, że pracując w tych warunkach można było tworzyć monumentalne dzieła.

Dużo lepsze i ciekawsze wrażenia odnosi się, oglądając ruiny Leonidajonu - luksusowego hotelu z IV w. pne, w którym honorowi goście stawali na czas igrzysk. Rozgrywano je początkowo wokół świątyni Zeusa, ale wzrost ich znaczenia wymusił budowę nowego stadionu na 20 000 miejsc. Na stadion wchodzi się przez tunel zakończony kamienną bramą; po lewej ręce wznoszą się zbudowane amfiteatralnie na zboczu góry Kronos trybuny, po prawej rozciąga się teren rozgrywania imprez sportowych.

Obszar starożytnej Olimpii jest rozległy - sam Altis, prostokątny, święty gaj otaczający świątynię Zeusa, gdzie początkowo rozgrywano igrzyska, miał 4 hektary!

Osobnym obiektem jest hipodrom oraz gimnazjon z palestrą - to ostatnie oznacza szkołę zapasów, a nie społeczność prawników. W gimnazjonie znajdowały się takie przybytki i udogodnienia, jak szatnia, sale do nacierania ciał oliwą, sale do nacierania ciał piaskiem i do masażu, salki z workami piasku do ćwiczeń w zadawaniu ciosów, nisze z ławkami oraz sale wykładowe, rekreacyjne, do rozmów i dyskusji, sala ćwiczeń dla młodzieży, boiska do gry w piłkę, bieżnie, łazienki i łaźnie.

Olimpia, jako miejsce pogańskie, została rozkazem Teodozjusza I Wielkiego zamknięta w 390 r. ne, a trzy lata później zakazano i igrzysk. Święty ogień olimpijski, który obecnie z takim trudem wędrował do Chin, zapalono - jak zawsze - na starożytnym stadionie w Olimpii.

Jeżeli jest się dobrym sprinterem, mogącym pokonać bezpiecznie ruchliwą szosę, to bilet wstępu na teren wykopalisk upoważnia do wejścia do znajdującego się po drugiej stronie drogi muzeum zawierającego artefakty z terenu Olimpii oraz słynny posąg Hermesa dłuta Praksytelesa, m.in. inicjatora monumentalnych aktów kobiecych w sztuce greckiej. Muzeum, jedno z najznamienitszych w Grecji, szczyci się przede wszystkim największą na świecie kolekcją dzieł z brązu.

Wojna i miłość

Przez argolidzki Napflion, z którego nadmorskiej promenady widać Bourdzi, bajkową wenecką fortecę zmienioną w hotel, jedziemy przez Arkadię do leżącej w Lakonii Sparty, chyba najbardziej znanego z waleczności greckiego państwa-miasta, po którego czasach świetności praktycznie nic nie pozostało - ot, ledwo wystające z ziemi kamienne murki w miejscu, którym zachwycała się cała oligarchia ateńska oraz filozofowie greccy z Platonem na czele. Leżąca nieopodal współczesna Sparta to paskudne miasto, do którego nie warto zajeżdżać. W związku z tym na nocleg stajemy w pobliżu jaskiń Dirou. Miejsce okazuje się niesprzyjające do obozowania na dziko - droga ma wąskie pobocze i wieje porywisty wiatr. Właściciel hotelu pozwala nam się rozłożyć na parkingu pod zadaszeniem z blachy falistej, która tłucze się całą noc, nie dając spać. W niebezpiecznej bliskości naszych śpiworów i karimat zawracają i cofają samochody. Kilka osób ucieka na nocleg do hotelu.

Po nieprzespanej nocy zwiedzamy jaskinie. Podobnie jak w Morawskim Krasie, pływa się po nich łodziami, mijając stalaktyty i stalagmity o wyciągnięcie ręki. Miejscami jest ciasno i nisko. Ciarki przechodzą na myśl o trzęsieniu ziemi. Sternik i przewodnik w jednej osobie mówi tylko po grecku - gęba mu się nie zamyka, chociaż nie mamy pojęcia co opowiada. Po prawie godzinnym rejsie wychodzimy z ulgą na światło dnia.

Docieramy do nadmorskiego Gythio, malowniczego miasteczka, które szczyci się tym, że - wedle legendy - na pobliskiej wyspie, na którą można się dzisiaj dostać usypaną groblą, mieszkała Piękna Helena zanim uciekła z Parysem do Egiptu. Gythio to jednocześnie stolica półwyspu Mani i grecka stolica połowów ośmiornic - przed sklepami i restauracjami wiszą one na sznurach jak susząca się bielizna.

Droga w głąb dzikiego półwyspu staje się coraz trudniejsza. Stajemy w zajeździe, a kierowcy i pilot wycieczki udają się z tubylcami na objazd trasy. Wracają z wiadomością, że jelcz przejedzie, jednak niektóre zakręty nad przepaściami trzeba będzie brać na dwa, trzy razy - efekt jest taki, że choć koła trzymają się jeszcze krawędzi drogi, to nos autokaru wisi już nad otchłanią! W tym momencie trzeba wrzucić wsteczny bieg i cofnąć, ale po spuszczeniu z hamulca autokar podjeżdża jeszcze kawałek to przodu! Siedzący z przodu uciekają na tył pojazdu, część z nas dodaje sobie odwagi siedmiogwiazdkową Metaxą.

Po ponad godzinie takiej jazdy wychodzimy wreszcie na prostą i stajemy w najbliższym miasteczku, by obejrzeć słynne wieże mieszkalne - kwadratowe w przekroju poziomym warowne budowle miały po kilka pięter, gdyż wysokość zapewniała przewagę balistyczną, a siłą napędową wznoszenia tych "drapaczy chmur" była nienawiść panująca między zamieszkującymi wieże rodami. Z budowli ostrzeliwano się i obrzucano czym popadło, a walki przerywano tylko na czas siewów i zbiorów, co w okolicy o nad wyraz jałowej ziemi nie zabierało wiele czasu. Krótkie rozejmy zawierano też na czas dostarczenia przez kobiety prowiantu walczącym, opatrzenie rannych i pochowanie zabitych, po czym naparzano się na nowo.

Docieramy na rynek miasteczka Flochomori. Dalej idziemy pieszo - 45 minut w dół, na kamienistą plażę, niosąc cały biwakowy sprzęt. Przed nami trzy dni leniuchowania. Na brzegu niespodzianka - czynna tawerna z piwem, smażonymi rybami i ośmiornicami. Miejscowi zapewniają nas, że jesteśmy pierwszą grupą Polaków, jaka kiedykolwiek tutaj dotarła, toteż traktują nas po królewsku. Nie bez wpływu na to jest fakt, że w naszym gronie jest ponad 20 młodych dziewczyn!

Mijając po drodze symboliczne wejście do Tartaru, robimy jednodniowy wypad na przylądek Matapan - najdalej na południe wysunięty kraniec kontynentalnej Europy, który zdobi wciąż czynna latarnia morska.

Czarna Madonna

W drodze powrotnej ku Grecji kontynentalnej stajemy w Diakofto, skąd do Kalavrity kursuje jedna z nielicznych na świecie kolejek zębatych. Dwudziestodwukilometrowa trasa wiedzie przez malowniczy wąwóz Vouraikos - zbudowana przez Włochów w 1896 roku linia biegnie po ażurowych mostach, w tunelach z wykutymi oknami i po wąskich półkach skalnych nad przepaścią, na dnie której płynie rzeka Erasinos. W najbardziej stromych miejscach - zarówno na podjazdach, jak i na zjazdach - spalinowa lokomotywka zaczepia specjalne koło zębate o leżącą pośrodku dwóch szyn trzecią, też zębatą, co zapobiega ślizganiu się całego składu. W swojej historii kolejka urwała się kilka razy z tego zębatego zaczepienia, ostatni raz w 1922 roku.

W połowie drogi znajduje się urokliwa stacyjka Zahlorou; na ocienionym platanami placyku przy samych torach znajdują się dwie tawerny. Wysiadamy tam i ruszamy na zwiedzanie klasztoru Maga Spilio, co znaczy Wielka Jaskinia. Wspinaczka kamienistą drogą trwa 45 minut. Przyklejony do skały klasztor zbudowano w 362 roku na wysokości 1000 m npm wokół groty, w której dwaj mnisi z Salonik znaleźli ikonę Marii Panny. Legenda głosi, iż ukryła ją tu Eufrosyne, jedna z trzech Gracji, córka Zeusa i Eurynome. Klasztor przeszedł wiele pożarów, pierwszy w 840 r. Po odbudowie w 1285 r. stał się jednym z najbogatszych w kraju. Podczas dwóch kolejnych pożarów (w 1400 i 1600 r.) spłonęły cenne rękopisy, a w 1934 r. ogień zniszczył wiele bezcennych relikwii. W 1936 r. klasztor został odbudowany. W czasie wojny zajęli go Niemcy, którzy wymordowali wszystkich 22 mnichów, a ich ciała zrzucili z klifu. Dziś klasztor jest miejscem pielgrzymek wiernych, którzy proszą o wyleczenie z różnych chorób. Oglądamy "cudowną" ikonę Marii Panny oraz jaskinię, w której została znaleziona. Jest to obszerna, kiepsko oświetlona pieczara, za sprawą czarnych ścian przypominająca komorę w kopalni węgla. Co najmniej 650-letnia Madonna spogląda na nas z troską z ciemnego malowidła. Podzielamy jej uczucia, od jej czasów świat nie zmienił się na lepsze...

Gromy Zeusa

Do Litochoro natzw. Riwierze Olimpijskiej zajeżdżamy o piątej rano. Jest po sezonie i bramy kempingu są zamknięte. Zmęczeni po całonocnej jeździe, bez dostępu do toalet, wody i ciepłej strawy zabijamy czas, jak kto może. Wreszcie o ósmej przed nami i naszym jelczem PR110 otwierają się bramy Sezamu - jest tu drogi i kiepsko zaopatrzony sklepik, sanitariaty, a nawet domki kempingowe, jednak większość kontentuje się karimatami rozłożonymi na gołej ziemi. W planie na najbliższe dni kończącego się pobytu w Helladzie jest plażowanie i - dla twardzieli - wyprawa na najwyższy szczyt Olimpu, wieńczący siedzibę greckich bogów i liczący sobie 2917 m npm Mytikas.

W kilkanaście osób wyruszamy w mieszanym towarzystwie następnego dnia rano. Początkowo "wspinaczka" idzie jak z płatka - udaje nam się "okazją" zajechać do centrum Litochoro, skąd zaczyna się szlak wiodący na Olimp. Brukowana uliczka przechodzi w szutrową drogę, a ta w szeroką ścieżkę przypominającą trasy turystyczne w niskich partiach Tatr czy Beskidów. Wędrując wśród wysokich traw i niewysokich krzewów, nasza grupa rozciąga się w długi sznur, który z upływem czasu rwie się na coraz krótsze odcinki. Wchodzimy do lasu, szlak wije się, zaczynają się strome podejścia, i przestajemy się widzieć. Po dwóch godzinach docieramy leśnej kaplicy mieszczącej się pod opadającą skośnie skałą. Siadamy, żeby odpocząć, zrobić zdjęcia i zapalić zgasłe świeczki. Pojawia się nieco stuknięty opiekun leśnej świątyni; prosi o papierosy, za które rewanżuje się domowym, cierpkim winem.

Pokrzepieni w ten sposób ruszamy dalej i po kolejnych dwóch godzinach docieramy do... parkingu, gdzie (podobnie jak w Meteorach) stoi kilka samochodów, a nawet turystyczny autokar! Przeklinamy w duchu naszych kierowców, którzy twierdzili, że nie da się tutaj dojechać, i rozsiadamy się w przewiewnym zajeździe. Jest pora lunchu; złość koimy piwem i grecką sałatką. Wydaje nam się, że mamy mnóstwo czasu przed sobą, a połowę drogi za sobą.

Wzmocnieni na ciele, ruszamy w drogę. Szlak wije się, pnąc się ostrymi zakosami w górę. Słońce grzeje mocno, jest upał, a drogi ubywa w ślimaczym tempie. Po dwóch godzinach wyprzedza nas karawana złożona z trzech objuczonych pakunkami osiołków i poganiacza - w ten sposób zaopatrywane jest leżące jakieś 700 metrów poniżej szczytu Olimpu schronisko górskie, będące celem naszej dzisiejszej wspinaczki. Po kolejnej godzinie zaczynamy je widzieć - budynek to pojawia się, to znika za formacjami terenu, choć, jak to w górach, wydaje się być o wyciągnięcie ręki. Nic bardziej mylnego - dopiero o szóstej wieczorem, zmordowani, docieramy na jego brukowany dziedziniec. Na miejscu zastajemy tych, co pierwszy odcinek trasy pokonali samochodami - niemieccy i francuscy turyści mają nieco deprymujący nas sprzęt: liny, czekany i markowe, wspinaczkowe, solidne buty. Nasza grupa przyszła w tym, i z tym, co kto miał - adidasy, krótkie spodnie, polary i ortalionowe (nomen omen!) olimpijki...

Na noc zostajemy zakwaterowani w budującej się dopiero części schroniska. Ściany z pustaków, ledwo ciurkająca z pryszniców zimna woda, i w ogóle przenikliwe na tej wysokości zimno.

Noc to jeden wielki koszmar - jestem tak zmęczony, że nie mogę spać. Wyjście do toalety urasta do rozmiarów wyprawy - trzeba się ubrać, wziąć latarkę, wyjść na smagany zimnym wichrem dziedziniec i trafić do łazienki. Potem powrót pod rozgwieżdżonym niebem.

Rano, po byle jakim śniadaniu, ruszamy dalej. Moja nadwyrężona poprzedniego dnia noga spuchła w kolanie. Przechodzę jeszcze kilkaset kroków i postanawiam zawrócić - podejść jeszcze trochę pewnie bym podszedł, ale co z zejściem? Bandażuję nogę i żegnam się z tymi, co idą na szczyt.

Powrót do Litochoro zajmuje mi ponad pięć godzin. Okazją zajeżdżam na kemping, jem coś i pędzę na plażę, żeby nadgonić "zmarnowany" w górach czas. Po paru godzinach pojawiają pierwsi alpejczycy; z wyjątkiem dwóch najwytrwalszych, wszyscy wspinacze zawrócili spod szczytu z powodu załamania się pogody - pojawiła się mgła, zaczęło mżyć i wiał porywisty wiatr. Wreszcie zjawia się jeden rzekomy i jeden prawdziwy zdobywca Olimpu - Rysiek, zwany odtąd "The Flying Riccardo", zostawił za sobą wszystkich objuczonych alpejskim sprzętem Niemców i Francuzów, i w ślizgających się adidasach i w cienkim dresie, skacząc ze skały na skałę w chwilach, gdy mogący zrzucić go w przepaść wiatr ucichał, zdobył samotnie Mytikas! Wejście drugiego z naszych wspinaczy nie zostało przez nikogo potwierdzone.

Mirosław P. Jabłoński

Reportaż opublikowany w nowojorskim "Nowym Dzienniku"

wróć do góry

Z recenzji...

Jeżeli na powieści Mirosława P. Jabłońskiego zakończy się historia polskiej SF, nie będę miał pretensji do losu. "Duch czasu" to niewątpliwie godne uwieńczenie - ostatni, szalony skowyt na gruzach świetnego niegdyś imperium.

Archwium polskiej fantastyki
Golden Days Tours - Discover Jordan
copyright 2013 | Webdesign Aem Paul Huppert Powered by Ceti